Czy tylko głupi byliśmy?

Czy tylko głupi byliśmy?

Overview

W książce eseju „Byliśmy głupi” Marcin Król pisze o błędach wielkiego przełomu roku 1989 i lat późniejszych, błędach popełnionych przez intelektualistów, polityków, ekspertów, grupę decydującą o ówczesnych losach kraju. Też przez siebie samego. To zaleta książki, że autor bije się nie w cudze piersi, ale we własne. Był blisko tamtych wydarzeń i stara się odpowiedzieć, co właściwie stało się wtedy w Polsce. I jaki to ma wpływ dzisiaj na politykę. Pisząc esej, Król nie wiedział tego, co wiemy już od niedawna – że objęcie władzy przez naszą osobliwą prawicę nie jest złym snem, ale czymś realnym. Według niego, przekleństwem Polski niepodległej, tej z ostatnich 25 lat, nie były spory partyjne ani zablokowanie sceny politycznej, ani często nietrafne decyzje gospodarcze, ani bałagan i bylejakość w wielu dziedzinach. Klęską było pozostawienie ludzi samym sobie. Tych milionów, które nie skorzystały na przemianach. Wspomina, jak kiedyś w chwili jasności widzenia zapytał premiera Mazowieckiego: „A co my damy tym ludziom ze zlikwidowanych PGR-ów i zakładów?”. Na co Mazowiecki odparł: „Wolność”. To go uspokoiło, bo myślał podobnie. Wtedy znany liberał, autor książek na ten temat, teraz się zastanawia, czy jednak nie trzeba było tworzyć państwa bardziej opiekuńczego.

Początkiem naszej polskiej wojny domowej, o czym łatwo zapominamy, był konflikt Wałęsa-Mazowiecki. To trochę taki symboliczny konflikt między chamem a inteligentem. Ujawniła się wtedy wada inteligenckiej grupy – arogancja. I to, jak małą wiedzę na temat Polski prowincjonalnej ma ta miejska inteligencja. Ujawniło się też polskie pieniactwo. W puencie książki Marcin Król pisze, że w Polsce „obywatele mieli się przez ostatnie osiem lat coraz lepiej, ale czuli się coraz głupiej”. Platforma według niego na ogół zachowywała się roztropnie, ale była pozbawiona wizji i zdania we wszystkich ważnych spornych sprawach społecznych czy obyczajowych. Z drugiej strony PiS: „bez programu, ale z tendencją do nieustannej negacji wszystkiego, co robią rządzący. A rządcy rzeczywiście w wielu dziedzinach prawie nic nie robili – służba zdrowia, edukacja na wszystkich poziomach, walka z biurokracją, usprawnienie sądownictwa – krytykujący nie mieli więc czego krytykować. Nastał więc czas pustki w zakresie decyzji i poglądów merytorycznych, a zarazem czas coraz większego antagonizmu opartego na przesłankach, których racjonalnie pojąć się nie da”.
Spirala niechęci, zgadzam się, bywa nieracjonalna w swojej sile. Z drugiej strony łatwość, z jaką Ludwik Dorn stał się politykiem PO, też budzi pewną refleksję. Politycy, którzy tak głęboko dzielą Polaków, sami za bardzo od siebie się nie różnią.

Czy nasza prawica wsłuchuje się w prawdziwe potrzeby ludzi? Nie widać jakoś u polityków nawet odrobiny autentycznego współczucia, widać za to partyjną grę. Co ma Kurski, Błaszczak, Mastalerek do polskiej biedy? To samo, co ich do niedawna partyjny kolega Adam Hofman. Jeśli się zastanowić, czego właściwie chce Jarosław Kaczyński oprócz przejęcia władzy, to nie bardzo wiadomo. Pewne tylko, że wszystko będzie za ich rządów bardziej narodowe, jakby od gadania o narodzie przyrastał dochód narodowy. I pewne, że prezes ma za złe, cała ta formacja ma za złe, jakoś tak ogólnie, fizycznie i metafizycznie. To, co od lat robi nasza prawica, to grzebanie kijem w delikatnej materii polskich fobii, bólów, mitów. PiS korzysta z dawnych lęków, ale też tworzy nowe. Ostatnio poza Platformą brakuje prawicy „złego”, a tu nagle trafili się uchodźcy. Czyli obcy. Debata w Sejmie na temat uchodźców rozsypała taktykę PiS, by skrajności chować pod dywan, a pokazywać łagodne oblicze. Prezes znowu nie wytrzymał. Już to mu się kiedyś zdarzyło, przegrał wtedy przez to wybory. Czy teraz będzie podobnie? Raczej w to nie wierzę. Kiedy słucham, jak prawica mówi o uchodźcach, to widzę ludzi, którzy nie mają uczuć i empatii. Powiem teraz jak zdumione dziecko: oni są niedobrzy. Obrońcy biednych, trzęsący się nad każdym ludzkim zarodkiem, teraz z taką pogardą mówią o tułaczach. To znowu dolewa oliwy do ognia naszych konfliktów. A przecież ja sam nie lubię islamu i nie mam sympatii do arabskiej kultury. Może również dlatego, że słabo ją znam. Nie mogę jednak przyjąć formy ani treści głosów polskiej prawicy na ten temat. Tak jest to prymitywnie chamskie. Znając jednak polskie lęki przed obcym, na sprawie uchodźców PiS może też ugrać kilka procent społecznego poparcia. O to przecież tak naprawdę tu chodzi. Za cenę zaprzedania duszy diabłu.

Badania opinii publicznej wprawiają nas w konfuzję. Niemal 80% badanych Polaków uważa, że dobrze im się w życiu powodzi, a zarazem niewiele mniej sądzi, że sprawy w Polsce idą w złą stronę. Te sprzeczności powodują, że sami siebie zaskakujemy, jak to już się stało przy wyborach prezydenckich.

Wydanie: 39/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy