Wyłączone sumienia

Wyłączone sumienia

Najpierw pokasowano zakłady, które dawały ludziom pracę i szansę na jakie takie warunki do życia. Później stopniowo likwidowano regionalne połączenia kolejowe, a autobusy choć zaczęły jeździć coraz rzadziej, były coraz droższe. Ludzie jednak zostali. Zostali, bo musieli. Bo i gdzie mogliby pójść, jeśli podobne problemy miała bliższa i dalsza okolica? Zostali więc w swoich wioskach i miasteczkach. Za mało ekspansywni, by wyjechać za robotą za granicę, trzymali się tego, co znali.
Wstydliwi przegrani 20 lat transformacji. Anonimowa, bezimienna masa mająca swoją pozycję tylko w statystyce i urzędach pracy. Bezrobotni. Szara sfera. Sporadycznie zajmują się nimi badacze sytuacji na prowincji czy specjaliści od problemów ludzi wykluczonych. Dla mediów są za mało interesujący. Bo i kogo może ta ich bieda zaciekawić? Media publiczne? Te zajmują się trzeciorzędnymi grami personalnymi i pilnowaniem interesów tych partii, które akurat nimi zarządzają. Media komercyjne? A jakiż to jest target dla reklamodawców? Cóż ci ludzie mogą kupić? Jaki bank czy leasingodawca może na nich zarobić?
Takich miejsc jak gmina Drzewica jest w Polsce wiele. Ludzi, którzy są w takiej sytuacji jak ofiary wypadku pod Nowym Miastem, „zielona wyspa Europy” ma setki tysięcy. Politycy pamiętają o nich tylko przed wyborami. Media wtedy, gdy zjeżdżają się na miejsca katastrof. Słyszymy wtedy, że trzeba zaostrzyć przepisy ruchu drogowego. Bo jak to możliwe, by w cywilizowanym świecie upchnąć do busa 18 osób? Reporterzy są zdziwieni brakiem pasów i skrzynkami zamiast foteli. A zdziwiliby się jeszcze bardziej, gdyby wiedzieli, że niejeden podróżujący w podobnych busach uprosił kierowcę, by go zabrał. Uprosił, bo to była jedyna szansa, aby dojechać do miejsca, gdzie jest praca. Jakakolwiek, nawet nisko płatna, ale praca. Ci polscy nomadzi to nie są samobójcy. To nie jest ta część rodaków, którzy wyjeżdżają na drogi w pijanym widzie.
O piątej rano nie wychodzi się z domu bez powodu. I o tym trzeba mówić, współczując rodzinom ofiar tragedii na Mazowszu. O tym, czyli o biedzie i beznadziejnym położeniu, w jakim są, i to od wielu lat, mieszkańcy miejscowości, przez które ta część Polski, której się lepiej powodzi, przejeżdża z wyłączonym sumieniem. Wyłączonym, bo przecież wszyscy wiemy o przeraźliwej sytuacji, w jakiej znajdują się ci ludzie.
Tyle mówimy o równości obywateli i solidarności, która jest podobno znakiem firmowym Polaków. Mówimy, a właściwie ględzimy, bo praktyka, czyli to, co faktycznie robimy, stawia nas poza kręgiem społeczeństw cywilizowanych. W Polsce walka z bezrobociem faktycznie nie istnieje. A może być jeszcze gorzej. Jan Guz z OPZZ alarmuje, że w projekcie budżetu na przyszły rok rząd chce obniżyć środki na aktywne przeciwdziałanie bezrobociu o 50%! Skandalem jest i to, że ze składki płaconej przez pracodawców na Fundusz Pracy z 9,5 mld zł na przeciwdziałanie bezrobociu przeznacza się tylko 3,2 mld zł! Skutki tej polityki znamy. Nie wiemy tylko, co ma zrobić obywatel, gdy między nim a państwem jest tak gruby mur.
30 lat temu poeta śpiewał: „A mury runą, runą, runą”. Tyle lat minęło, a dla paru milionów Polaków tylko mury się zmieniły.

Wydanie: 42/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy