Narodowe zawiłości

Gwiazda telewizyjnej Linii Specjalnej, red. Czajkowska, zmądrzała ostatnimi czasy i zamiast – jak to bywało dotychczas – niszczyć z całych sił przedstawicieli polskiej lewicy, by na tle tych zmaltretowanych postaci sama mogła wypaść najokazalej – odbyła dwie normalne rozmowy, wpierw z Markiem Polem, a wczoraj z samym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Potępiałem zawsze panią Czajkowską i każdego innego dziennikarza za awanturnictwo, za chęć skompromitowania rozmówcy, wykazania jemu i telewidzom, że to śmieć i łobuz. Tym razem spokojnie uczestniczyła w prezentowaniu przez polityków lewicy ich poglądów i wyraźnie sprzyjała rozjaśnieniu poruszanych tematów, zamiast dążyć do kompromitacji rozmówcy. Krótko mówiąc, red. Czajkowska porzuciła maniery pampersów, gromadki młodych prawicowych demagogów, udających dziennikarzy telewizyjnych. Cieszę się z tej transformacji pani Czajkowskiej, z tego, że okazała się reformowalna, bo to przecież ładna kobieta, w dobrym stylu umundurowana, inteligentna. Cieszyłbym się jeszcze bardziej, gdyby w przyszłości rozwijała swoje zalety, błyskotliwą inteligencję, rzadko spotykaną pracowitość i co tam jeszcze jest w niej dobrego, zamiast udoskonalać profesję żmii.
W Polsce jest bardzo wiele ogromnie zawikłanych spraw i każdy, kto pomaga je objaśniać społeczeństwu, jest na wagę złota. Mało jednak mamy dziennikarzy w środkach masowego przekazu potrafiących mądrze rozjaśniać trudne sprawy. Pani Czajkowska to potrafi. Niech się jej szczęści.

Telewizyjne wystąpienie Prezydenta RP ujawniło zdumiewającą cechę naszego społeczeństwa, do którego, gdy słucha poważnej rozmowy, zupełnie nie trafiają argumenty, gdyż zaciekłość ideologiczna przesłania ludziom zdolność rozumienia tego, co słyszą. Prezydent uzyskał bardzo dobry wynik w głosowaniu telewidowni. 46 tysięcy go popierało i tylko 18 tysięcy było przeciw. Niby bardzo dobrze wedle liczb, ale…
Prezydent mówił przez cały czas bardzo spokojnie, ważył każde słowo, dobierał argumenty kompromisowe, nie potępiał, nie gromił, nie ośmieszał przeciwników politycznych. Z telewizorów płynęły słowa rozumne i łagodne, pojednawcze. Wydawałoby się, że polski elektorat takie słowa lubi i takich słów oczekuje, sądząc po tym, jaki los spotkał na arenie politycznej wszelkich gwałtowników – Moczulskiego, Bugaja, Mikkego-Korwina oraz wielu innych.
Okazuje się jednak, że rozumna łagodność prezydenta nie wystarczyła, by zjednać mu całą widownię. Początkowa aż trzykrotna przewaga liczbowa systematycznie się zmniejszała. Telefonowali osobiście wrogowie Aleksandra Kwaśniewskiego, niezdolni do oderwania swojej do niego nienawiści od tych mądrych słów, jakie słyszą. Na pewno nie przyczyniła się do tego red. Czajkowska. Słuchacze wyciągnęli własne zapasy starej nienawiści i tak zapalczywie telefonowali na “nie”, że trudno było uzyskać połączenie na “tak”, co budziło podejrzenie, iż działa jakaś manipulacja ograniczająca możność poparcia.
To samo zjawisko widać, gdy się patrzy na poparcie, jakie prawica otrzymuje w sondażach opinii publicznej. Rząd ma wyniki fatalne, ale gdy się policzy głosy oddane na prawicowe partie polityczne, zaskakuje, że mimo wyraźnej dezaprobaty dla sposobu sprawowania władzy – same partie prawicowe zbierają około jednej czwartej elektoratu. Po jawnym spartaczeniu czterech reform w każdym innym kraju republiki kolesiów powinny uzyskiwać wyniki zerowe. Nasi, mimo gigantycznych szkód, jakie wyrządzili i nadal wyrządzają krajowi, ciągle mają spore poparcie polityczne.
Jak tę zawiłość zrozumieć? Proste. Tak silnie naciska przeszłość. Urazy antykomunistyczne są nadal tak silne, że nawet arcymądry i spokojny prezydent budzi niechęć głosujących. Nieco inaczej wygląda sprawa elit intelektualnych. Spora część przedstawicieli tego środowiska – profesorów, uczonych, pisarzy, artystów, inżynierów, nauczycieli po okresie początkowych oporów pogodziła się z reżimem komunistycznym. Społeczeństwo było w swojej masie przeciw, ale elity szybko się poddały. Ten rozziew widać było na każdym kroku. Nie tylko w tym, co pisano. Także w stosunku do ludzi. Elity bały się popierać tych, co podpadli władzy. Sam tego doświadczyłem. Pięć lat nie mogłem uzyskać etatowej pracy w olbrzymiej Warszawie, gdyż byłem trefny po tym, jak mnie i Jana Józefa Lipskiego wywalono z posad za działalność w Klubie Krzywego Koła. Jakoś przeżyłem. Nie narzekam. Piszę nie o sobie, lecz staram się zrozumieć polski fenomen rozchodzenia się opinii elit intelektualnych z opiniami społeczeństwa.
Społeczeństwo jest za Kwaśniewskim. Osiąga on rekordy akceptacji w sondażach! Ale elity się dąsają. Ci, co należeli bez oporów do stalinowskiej partii, dzisiaj nie poprą obecnego prezydenta, gdyż jest “czerwony”. Dziennikarska łobuzerka polityczna, ludzie do wynajęcia, uprawia ustawiczne polowanie na Kwacha. Ludzie ci, nawet gdy przegrywają w sądzie, to jeszcze warczą i plują. Nie liczy się dla nich człowiek i jego zalety. Wolą grzebać w przeszłości, a nuż znajdą okazję do uświnienia człowieka.
Można powiedzieć, że nie warto się dziwić. W kraju, gdzie niewątpliwy bohater narodowy, generał Haller, był moralnym ojcem królobójstwa, jedynego w naszej historii, czyli zastrzelenia prezydenta Narutowicza przez wybitnego intelektualistę, a gazety pełne były krokodylich łez po śmierci Stalina wylewanych przez znanych pisarzy i artystów, elity narodu mają hipotekę cokolwiek zabagnioną. Czy nigdy nie potrafimy się wyrwać z tego kloacznego dołu?

21 czerwca 2000

Wydanie: 26/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy