Obłęd powstania, obłęd wyklętych

Na prawicy zawrzało. Poszło nie o stosunek do Tuska i PO czy do lewicy, bo ten mają jednaki, ale o… powstanie warszawskie. Prawicowcy skoczyli sobie do oczu głównie za sprawą Piotra Zychowicza z „Do Rzeczy”, który obłędem nazwał powstanie – mit założycielski PiS. I się zaczęło. Jak można szargać pamięć o tych, którzy w imię wolności rzucili się do boju? Tragedia warszawska dla jej apologetów to świętość i powiedzenie o niej czegokolwiek krytycznego jest zbrodnią. To są zwolennicy i dzieci opętańczej polityki historycznej uprawianej przez ludzi spod znaku IPN. Jeszcze trochę, a w jej efekcie młodzi Polacy będą przekonani, że Niemcy na rozkaz Stalina wymordowali dziesiątki tysięcy ludzi. Mało tego, to ten czerwony dyktator wysłał na pomoc Hitlerowi oddziały Ruskich, którzy unicestwili warszawiaków i ich miasto.
Upamiętnia się powstańców – bohaterów warszawskiego zrywu. Ale mniej się mówi o zabitych – często w bestialski sposób – cywilach, a tych, według niemieckich szacunków, było 200 tys. Po części można zrozumieć unikanie mówienia o tych ofiarach. No bo czego to są ofiary? Owszem, są ofiary I i II wojny światowej. Ale powiedzieć, że to są ofiary powstania warszawskiego, jakoś nie brzmi najlepiej.
Mit zwycięskiego (moralnie) powstania, tak naprawdę skierowanego przeciwko Rosji, był naczelną ideą Lecha Kaczyńskiego i jego zwolenników. Myślą, która sprowadzała się do podtrzymywania przeświadczenia, że największym wrogiem Polski jest Rosja. Stąd udział Kaczyńskiego w rozróbie Saakaszwilego. Chociaż mit powstania uprawiany i wpajany innym przez ludzi, którym była/jest bliska frazeologia Kaczyńskiego, obowiązywał wszędzie, to nie zaowocował on powstaniem legionów walczących w imię obrony niepodległości Gruzji. Jakoś nikt nie rzucił się walki o wolną Gruzję, w myśl hasła „Wolna Gruzja to wolna Polska”. Czyżby miłośnicy wolnej Gruzji nie chcieli nadstawiać za nią karku i wybierali życie? Czyżby głoszona przez nich filozofia śmierci (nieważne, że niepotrzebnej) miała obowiązywać tylko warszawiaków, wplątanych w śmiercionośną mitomanię Bora-Komorowskiego, Okulickiego, Pełczyńskiego? Wypada głosić chwałę tych, którzy szastali życiem warszawiaków, a samemu nie chcieć nadstawiać głowy?
Dyskusja wokół powstania zmusza do jeszcze jednego wniosku. Otóż jeżeli powstanie warszawskie było bezzasadne, z góry skazane na klęskę, to prawicowcy a la Zychowicz powinni być konsekwentni w tym myśleniu. Armia Krajowa nie miała szans na zaistnienie w sytuacji, kiedy na ziemie polskie wkraczała Armia Czerwona. Rzucanie AK w bój przeciw Rosjanom było zatracaniem narodu. I dalej: jeżeli powstanie warszawskie przyniosło tyle niepotrzebnych ofiar, to kimże byli tzw. żołnierze wyklęci, wynoszeni dziś do rangi bohaterów, stawiani za wzór do naśladowania? Czy ich dowódcy nie byli jeszcze bardziej nieodpowiedzialni niż Bór-Komorowski lub Okulicki? I czy również nie zasługują na stawianie ich na piedestał? Pora wreszcie, by epigoni sierpniowej chwalby, dla których tylko Polska powstańcza będzie prawdziwą Polską, zrozumieli głęboki sens słów Wincentego Witosa „A naród ma trwać wiecznie”. A nie ginąć w beznadziejnej walce.

Wydanie: 34/2013

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy