Między syfem a malarią

Życie polityczne jest coraz bardziej potyliczne, jakby niektórzy faceci z parlamentu walili się wzajemnie w kuluarach w potylicę, a potem wchodzili na trybunę sejmową, żeby dzielić się swoimi rewelacjami. Dzieje się tak głównie za sprawą tych posłów, którzy jak ryby w wodzie czują się tylko wtedy, gdy adrenalina wychodzi im uszami. A nie jest to niestety erupcja intelektualna, żaden gejzer dobrych dla kraju pomysłów, tylko jakaś breja albo wręcz fekalia, które głupcy w złych zamiarach ładują w wentylator, żeby opryskać kogo się da. Osoby te „wzbudzają się” (to termin psychologiczny na określenie właśnie takich popisów) głównie wtedy, gdy znajdują się w polu rażenia kamery telewizyjnej.
Wciąż wierzą w to, że kto ma telewizję, ten ma władzę. I to jest prawda, ale dotyczy ona wyłącznie telewizyjnych seriali oraz aktorów tam grających. No, chyba że jest to nasz przyjaciel Berlusconi. Posłowie wierzą w informacje wyciekające z tajemniczych źródeł. Te wodne cieki wpływają na stan poselskich mózgów, eo ipso mózgi te napełniają się wodą. Jedne sodową bez whisky, inne znów wodą życia. Ilość głupot wygłaszanych z mównicy często zależy od ilości procentów. Choć niekiedy całkiem trzeźwi posłowie plotą jak Piekarski na mękach albo jakby najedli się szaleju. Małpiego rozumu dostają zwłaszcza podczas kampanii wyborczej, tną wszystko, co im pod rękę wpadnie, jak to małpa z brzytwą. Powołują się na detektywów albo na agencje specjalnych służb, a czasami nawet, i to jest chyba najgroźniejsze, na własne przemyślenia.
Biedny elektorat nie wie co myśleć, więc tłucze się od ściany do ściany, od sondażu do sondażu. Dziś wygrywa syf, a jutro malaria.
Rozbujała się nam Rzeczpospolita, torsje nią targają, płynie chwiejnie statek pijany. Niech mi wolno będzie jako pisarce przywołać poemat Rimbauda: „Prądem rzek obojętnych niesion w ujścia stronę, czułem, że już nie wiedzie mnie dłoń holowników; dla strzał swych za cel wzięły ich Skóry Czerwone i nagich do pstrych słupów przybiły wśród krzyków”.
Rzeki obojętne to my, naród. Jednak dziś to raczej nie skóry czerwone biorą białych i czarnych za cel, ale biali i czarni przybijają skóry czerwone do słupów; a nawet jedne czerwone przybijają inne. Tak to wieszcz nam się zaktualizował na opak.
Na statku pijanym wrze jak w piekielnym kotle.
Za bary się biorą, siłują, za burtę jeden drugiego chce zepchnąć. Lepper opluwa Rokitę, mówiąc, że ten spotykał się z więźniem W. w niecnych celach. Cele na ogół są niecne, omawia się w nich to, co się zrobi, jak się z nich wyjdzie. Informacje na ten temat przewodniczący posiada z CIA, ale nie tej amerykańskiej, tylko własnej agencji detektywistycznej z Klewek.
Jan Maria Rokita – podobno ma także na imię Władysław, imion ma w bród, do wyboru do koloru, jak profesjonalny agent paszportów – pozwał za to posła Leppera na udeptaną poselskimi butami ziemię.
Lepper w odpowiedzi machnął w samoobronie arkuszami papieru, wołając, że są w nich dowody na współpracę posła Rokity z W., spod celi zwolnionym za kaucją. Przewodniczący Lepper doniósł ludożerce przed telewizorami, że spotkania te były regularne, jak w epoce wiktoriańskiej wizyty notabli w burdelu, to znaczy raz w tygodniu, taka też jest w niektórych domach do dziś częstotliwość kąpieli. Tyle że według posła L., owo przestępcze duo spotykało się na parkingu w Krakowie. Na co podobno jest świadek.
Na tę zaczepkę śledczy tysiąclecia chciał przebadać Leppera stosownym urządzeniem, czyli alkoholomierzem, ponieważ poseł Lepper mówił, że są to haki na Rokitę. Nagie haki to był kiedyś permanentny symbol naszej ojczyzny w sklepach. Nie mógł jednak doprowadzić do ujawnienia promili, ponieważ jego interlokutor wała pokazawszy – zniknął. Widziano go zataczającego się po schodach, ale głosiła to tylko fama. Wrócił na głosowanie, ale osłaniała go załoga marynarzy oraz marynarek w biało-czerwonych krawatach.
Jan Rokita całkiem podobno był trzeźwy, gdy za Niceę chciał ginąć w odmętach oceanu europejskiego. W takimż stanie znajdował się ponoć także wówczas, gdy informował zgromadzoną przed telewizorami publikę, że państwo polskie wysłało siepaczy w postaci policjantów, by strzelało w lud ostrymi nabojami jak jakie za przeproszeniem ZOMO. Pamiętacie drodzy czytelnicy tę formację, do której udawały się staruszki samotne w Wigilię, pytając dzielnych wojaków: „Przepraszam, czy pan jest ze ZOMO? Tak? To świetnie, czy mógłby pan wobec tego zabić mi karpia?”. Tylko że sprawa wcale nie jest śmieszna, bo skutkiem dramatycznych wydarzeń była śmierć młodych ludzi i na tej śmierci nie wolno nikomu ubijać swojego cholernego interesu. Ten statek jest nie tylko pijany, to słynny dawno opisany i malowany przez Hieronima Boscha statek szaleńców!
Tylko dlaczego, pytam ze strachem, dlaczego ci faceci i niektóre kobitki, co w głowie nic nie mają, zamiast piastować dzieci i wnuki swoje chcą piastować urzędy, chcą mieć władzę? Czy tylko dlatego pchają się do rządu, parlamentu naszego i europejskiego, że tam jest ciepła, sucha i czysta robota za niezły szmal? Czy wydaje im się, że nic nie trzeba umieć?
Znalazł się jeden, niejaki Belka, który załogę skrzyknął i chce statek ów na prostą wyprowadzić, ale ta banda chce go zniszczyć, bo nie słucha i nie rozumie, co do niej mądry facet mówi. Czy nie może syf z malarią brać się za łby, a Belce pozwolić rządzić z pożytkiem dla nas?

 

Wydanie: 22/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy