Czy mamy kryzys?

Jeremy Rifkin, autor głośnego „Końca pracy”, powiedział w jednym z wywiadów, że gdybyśmy któregoś ranka obudzili się z wiadomością, że nie ma rządu, parlamentu, ustroju ani całej makrostruktury politycznej, zrobiłoby to na nas znacznie mniejsze wrażenie, niż gdybyśmy się dowiedzieli, że nie ma naszych sąsiadów, pobliskiego sklepu, przystanku autobusowego, słowem – całej mikrostruktury społecznej, w którą jesteśmy wrośnięci i dzięki której egzystujemy.
W tym sensie można spokojnie powiedzieć, że pomimo rozpadu koalicji rządzącej nie mamy w Polsce żadnego kryzysu. Sąsiedzi żyją, sklep sprzedaje, przystanek stoi, mimo że na górze coś się kotłuje. A zapewnia się nas nawet, że odtąd, z mniejszościowym rządem, powstawać będą bardziej zborne i logiczne ustawy, choć trudniej je będzie przeprowadzić przez parlament. Wzrośnie też – wobec poszukiwania partnerów do poszczególnych przedsięwzięć – rola małych partii parlamentarnych, a nawet poszczególnych posłów. Wzrośnie również niewątpliwie rola prezydenta, który będzie musiał podtrzymywać tę bardziej chwiejną strukturę rządowo-parlamentarną, sam rząd zaś będzie musiał uważać nie tylko na to, aby dobrze rządzić, ale także na to, żeby nie upaść przy jakimś nieostrożnym ruchu. Rząd Millera jednak nie wydaje się tym szczególnie przestraszony, przyjmując nawet w ostateczności perspektywę nowych wyborów, które według prognoz prof. Staniszkis, SLD powinien – wobec pokawałkowania prawicy – wygrać, choć obawiam się, że słabiej niż poprzednie.
Wszystko to razem nie wygląda więc szczególnie groźnie, gdyby nie okoliczność, że w momencie kryzysowym znajduje się obecnie nie Polska, ale Europa i świat, do którego należymy.
Najbliższym zadaniem rządu – każdego rządu w Polsce – jest teraz referendum europejskie, które rozegra się za mniej więcej sto dni. To referendum jest decyzją o daleko idących skutkach, sięgających co najmniej pół wieku naprzód. Otóż pewnym problemem jest to, że trudno sobie wyobrazić taką dalekowzroczność i wielkoduszność u naszych polityków. Liczyć można raczej na to, że sprawa integracji w czasie referendum stanie się przedmiotem politycznej rozgrywki odwołującej się do argumentów dotyczących dnia dzisiejszego. Już obecnie zresztą z ust obrażonych polityków PSL można usłyszeć, że postawa ich partii wobec integracji europejskiej zależeć będzie od rozmaitych okoliczności wewnętrznych i finansowych, a więc innymi słowy – targ o kilka posad czy kilka złotych może nas kosztować opóźnienie naszej obecności w Europie o kilka lat. Nabrała też energii fundamentalistyczna prawica i sam niedawno obejrzałem w TV Puls program, gdzie jako kwestię naczelną stawiano nietykalność naszych obyczajów moralnych, z zakazem aborcji, nietolerancją wobec odmienności seksualnych i innymi rodowymi skarbami prawicy na czele. Na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą, a więc słabszy rząd będzie miał znacznie więcej takich nacisków, niewątpliwie komplikujących nasze wejście do Unii i zatrącających o kryzys.
A tymczasem sama Unia też trzeszczy. Jest to niewątpliwy sukces polityki amerykańskiej, której udało się, przynajmniej do pewnego stopnia, wbić klin pomiędzy „nowe” i „stare” państwa europejskie, a także pomiędzy zwolenników i przeciwników wojny z Irakiem w ramach „starej” Europy. Dziś już, po miesiącach burzliwych dyskusji, widać wyraźnie, że istotą tego sporu jest po prostu kwestia akceptacji lub odrzucenia zasady amerykańskiej dominacji we współczesnym świecie, wszystko inne jest tu drugorzędne lub dekoracyjne. Dla nas zaś oznacza to po prostu, że wchodząc do struktur europejskich czy natowskich, nie wchodzimy bynajmniej do stabilnego i uładzonego świata, który otoczy nas ojcowską opieką i pozwoli złapać oddech, ale do gotującego się tygla, w którym potrzeba będzie silnych decyzji silnego rządu, którego nie mamy. Może to rodzić sytuacje kryzysowe.
Trzecią wreszcie kwestią jest sprawa naszego budżetu, a więc i systemu podatkowego, który minister Kołodko postanowił zrewolucjonizować, także zresztą choćby częściowo pod kątem wymagań unijnych. Mam spore zaufanie do wizji prof. Kołodki, które parokrotnie już sprawdziły się w praktyce, mam jednak także świadomość, że w obecnie w kwestiach tych nie ma dobrego wyjścia. Jest tylko wybór mniejszego ryzyka, a także wybór punktu widzenia, z jakiego się na nie patrzy. Minister proponuje na przykład zniesienie wspólnych rozliczeń finansowych małżonków i może jest to słuszne, ale na pewno nie w sytuacji masowego i rosnącego bezrobocia, którego ofiarą padają przede wszystkim kobiety, co nakłada na pracujących – jeszcze! – mężczyzn większy obowiązek zarobkowania na potrzeby rodziny. A więc system podatkowy nieuwzględniający tej okoliczności jest w istocie aspołeczny i anachroniczny. Istnieją też w Polsce grupy zawodowe, na przykład dziennikarze, autorzy, kompozytorzy, niektóre wolne zawody, których dochody objęte są systemem ulg podatkowych, które minister chce generalnie zlikwidować. Ale znowu źródłem tych ulg, z których wiele pochodzi jeszcze sprzed wojny, jest fakt, że ludzie ci sami organizują sobie i utrzymują swoje miejsca pracy. Dziś stworzenie jednego miejsca pracy w przemyśle lub usługach kosztuje od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych, który to koszt owe pozornie uprzywilejowane grupy biorą całkowicie na siebie. Likwidacja ulg podatkowych – zapewne logiczna jako element ujednolicenia systemu fiskalnego – jest również głęboko nielogiczna w zakresie ulg budowlanych i remontowych, przy których pracę otrzymuje stosunkowo najwięcej pracowników o różnym poziomie kwalifikacji i, jak się oblicza, jeden pracownik zatrudniony w budownictwie daje pośrednio dwa, trzy miejsca pracy w innych branżach.
Tak więc, mówiąc krótko: wszystko zależy od tego, jaki punkt widzenia obierze się za najważniejszy przy reformie podatków. Moim zdaniem, tym punktem jest rosnące bezrobocie i konieczność jego opanowania. Z bezrobociem, największym w Europie, wchodzimy do Unii. To osłabia nasze szanse równego partnerstwa z krajami „starej” Europy, bo stajemy się dla Unii ciężarem. A osłabione szanse równoprawnego partnerstwa rodzą u nas w kraju nastroje antyunijne. Te zaś nastroje z kolei czynią nas bezradnymi wobec obecnego kryzysu światowego i podstawowych wyborów, jakich mamy właśnie dokonać. I koło się zamyka.
Niby nie mamy kryzysu, ale tkwimy w nim po uszy.

Wydanie: 11/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy