Kłopoty z myśleniem

Kłopoty z myśleniem

Kiedyś, dawno, dawno temu, czyli jakieś 40 lat wstecz, gdy w doskonałej formie felietonowej był Andrzej Dobosz, pustelnik z Nowego Światu, perypatetyk środkowego PRL-u, filozof-maruder-odszczepieniec, nałogowy czytacz i bukinista, paryski księgarz polski, legendarny niemożliwy twórca i tworzywo z „Rejsu” Piwowskiego, on ci to skreślił króciutki tekścik, którego tytuł przywołałem w tytule mojego felietonu (z najwyższym szacunkiem, atencją i trwałą sympatią). Pod tymże deprymującym tytułem znajdowała się parozdaniowa opowiastka, w której byliśmy świadkami podsłuchanej, a raczej zasłyszanej mimochodem rozmowy dwóch kobiet w warszawskim tramwaju. Zaczęło się od frazy: „Najgorzej, proszę pani, to jest z tym myśleniem. Ale ja zbyłam ten problem. Nagotowałam im na trzy dni – niech sobie odgrzewają”. Koniec.

Przez całe lata żyłem w nienaruszonym, niepodważalnym przekonaniu, że ludzką rzeczą jest myśleć, że człowiek, każdy człowiek, to istota myśląca, że właśnie myślenie króluje pośród ludzkich poczynań, jest powinnością, od której nie ma wymówek, ucieczek, że to czyni nas najbardziej ludzkimi z ludzi. Że bez tego myślenia nie damy rady, skarlejemy, zginiemy, przepadniemy z kretesem, skończymy się, skompromitujemy, polegniemy. I że musimy z całą dostępną nam skromnością pamiętać, kim w tym myśleniu jesteśmy, za Bernardem z Chartres: „Jesteśmy karłami, którzy wspięli się na ramiona olbrzymów. W ten sposób widzimy więcej i dalej niż oni, ale nie dlatego, ażeby wzrok nasz był bystrzejszy lub wzrost słuszniejszy, ale dlatego, iż to oni dźwigają nas w górę i podnoszą o całą gigantyczną wysokość”. Kiedy po stuleciach przywoływano jasne strony średniowiecznych mroków, ta sentencja robiła zawrotną (jak myśleli ci, którzy ją znali i o średniowieczu nowe książki czytali) karierę.

Wydaje się, że dzisiaj z ramion olbrzymów zjechaliśmy w rollercoasterowym tempie szynami internetowych społecznościówek na ziemię i wesoło kukamy wokół, widząc to, co w promieniu kilku metrów od nas: a ja kiedyś widziałem, a ja kiedyś miałem, a ja kiedyś gdzieś słyszałem, a ja kiedyś coś chyba przeczytałem gdzieś u kogoś tam, kimkolwiek on by był lub nie był… A ja, a ja, a ja, a ja… I tyle. Tylko to, co sam zobaczę (co z bardzo rzadka przekłada się na zrozumiem), tylko to, co dotyczy kogoś, kogo znam mniej lub bardziej (co rzadziej) bezpośrednio, wyznacza moje ogarnianie świata. Świat zresztą ma wymiar śladu optycznego, jaki zakreśla krąg naszego omiatającego go wzroku (zakładając, że odrywamy go od smartfona na ułamek dłużej, niż żeby namierzyć fizyczną przeszkodę na drodze).

Pochłaniamy setki, tysiące, miliony nic nieznaczących komunikatów, pseudonewsów, doniesień bez sensu i bez znaczenia, nie wychodzimy z wirtualnego sklepu z obrazami nieprzebranych stosów ciuchów, aut, drobiazgogówien do niczego nam niepotrzebnych. Nad nami pędzą niezauważane spiętrzone chmury, walą się ścinane w maniakalnym szale stare drzewa, szemrzą słowa udające wypowiedzi. Otacza nas bezczelne kłamstwo z doklejonym na stałe fałszywym uśmiechem. Jesteśmy klientami, tylko nimi, tylko jeśli jesteśmy wypłacalni, a jeśli przestajemy być, to marzymy o powrocie do kolejki po coś, cokolwiek, co na powrót klientów z nas uczyni.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 13/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 13/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy