Jak ginąć, to w tłumie

Jak ginąć, to w tłumie

Zmarł Tomas Tranströmer, szwedzki poeta, laureat Nagrody Nobla. Jest rok 1990. Schodzę z nim krętymi schodami do podziemi Szwedzkiej Akademii. Za chwilę wieczór literacki. Jest duża publiczność. Mówię szeptem: „Jestem pewien, że kiedyś w tym budynku zapadnie decyzja i otrzyma pan Nagrodę Nobla”. Zbyt był skromny, by potraktować to poważnie, i zbyt mi życzliwy, aby pomyśleć, że kpię z niego. Szczupły, wysoki, o wydatnym nosie. Monika, jego żona, mówiła mi, że ten nos tak ją wzruszył, że wyszła za Tomasa. Na spotkaniu Tranströmer czytał swoje wiersze po szwedzku, ja ich polskie przekłady Leona Neugera. Pamiętam, że byłem jak w transie, jakbym wchodził pod skórę tej poezji. Zaczarowana była też polsko-szwedzka publiczność.

Potem już ulica Starego Miasta, która tonie w jesiennym mroku, pisarz ściska mi dłoń na pożegnanie. Jeszcze mógł to zrobić. Kilka tygodni potem będzie miał wylew. Paraliż prawej strony ciała. Nie odzyskał mowy, chodził, chociaż z trudem, używając laski, lewą ręką świetnie grał na fortepianie. Pisał tylko dedykacje, a żona pomagała mu składać nowe wiersze z dawnych zapisków, z tej wielkiej kolekcji obrazów i scen, którą gromadził, jak niegdyś zbierał motyle. „Muzeum motyli” to tytuł jego niedokończonych wspomnień. Pisze tam serdecznie o Polsce, z którą miał wiele związków i w której często bywał.

Jest rok 2011, siedzę w studiu TVP Info, proszono mnie, abym skomentował werdykt Akademii, na który wszyscy czekamy. (Przez tyle lat dzwoniły do mnie media: „Czy jeśli Tranströmer dostanie Nobla, powie pan coś o nim?”. Ale on uparcie nagrody nie dostawał. Uznano, że Szwedzka Akademia uważa, że nie wypada dać Nobla Szwedowi). Mam ze sobą w telewizji tomik wierszy Tranströmera – jakieś przeczucie. Zbliża się pierwsza, ogłaszany jest werdykt. Widzę w studiu poruszenie za szybą. Tranströmer! O mało nie stłukłem pięścią szklanego stolika, przy którym siedziałem z prowadzącym program. Ten zakończył audycję słowami: „Mówił przyjaciel Tranströmera”. No nie, to gruba przesada! Ale poszło w eter. Więc dziesiątki telefonów, prośby o wywiad. Głupio się godzić, głupio odmawiać. Jednak po kilku godzinach czuję, że nie tylko wyczerpałem Tranströmera, że sam jestem zupełnie wyczerpany. I że to ja dostałem Nobla. Nie mogę przyjąć, nie zasłużyłem.

Leszek Miller wykańcza SLD. Gra na dwóch fortepianach, sam walczy o stary elektorat, a Magdalena Ogórek ma przyciągnąć młodych. Obraz jest jednak chaotyczny, niepewny i nieprzekonujący. Jak zawsze w okresie schyłkowym – na tonącym okręcie wybuchają kłótnie. Tak dalej nie da się płynąć, jeszcze chwila i nie będzie na politycznej mapie Polski lewicowej partii. Wtedy narodzi się jakaś nowa lewica.

Niestety, rozumiem niemieckiego pilota, który celowo rozbił samolot. Nie usprawiedliwiam go, jest zbrodniarzem, ale rozumiem. Cierpiał na stany lękowe i depresję. Kiedy doszły mu problemy z oczami i w efekcie możliwość utraty licencji, poczuł, że jest w mrocznej jamie. Pragnął śmierci, by nie cierpieć. A nic nie daje takiej przepustki do samobójstwa jak depresja. Aż 25% cierpiących na tę chorobę popełnia samobójstwo albo próbuje to zrobić. (Boję się, że teraz ludzie z depresją będą medialnie postrzegani jak potencjalni zabójcy). Bohaterka filmu „Melancholia” Larsa von Triera nie boi się nadchodzącego końca świata, ona go pragnie. Sam reżyser zna to uczucie, ja niestety też. Pamiętam, jak przed laty, czując się strasznie, leciałem samolotem. I nagle poczułem, że chcę, żeby ten samolot się rozbił. Siła tego pragnienia przeraziła mnie. Nagle zobaczyłem wśród pasażerów dzieci, więc zdławiłem to uczucie. Lubitz był w kabinie sam. Trzeba sobie wyobrazić potworny ból zębów. Moralność tym bardziej się kurczy, im bardziej boli, depresja to bywa ból zębów duszy, wszystkie mają obnażone nerwy. Wiem, że to nie do pojęcia dla ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli dotknięcia tego potwora. Lubitz zapewne nie zrobiłby tego, gdyby nie słynny atak na wieże w Nowym Jorku. Uwolniono z klatki myślenie: im więcej ludzi zginie ze mną, tym większe zrobię wrażenie. I zostawię po sobie ślad, ginąć w tłumie zawsze raźniej. Dzięki mediom śmierć przypadkowych ludzi powoduje skurcze serca milionów. Im bardziej rozwija się technika, tym bardziej rosną możliwości różnych misji samobójczych. Czemu nie zniszczyć całego globu?

Już widać, że nie da się zapobiec rozprzestrzenianiu broni jądrowej. Podobno Władimir Putin nie najlepiej się czuje. Teoretycznie, jeśli poczuje się bardzo źle, może doprowadzić do zniszczenia naszego wspólnego pojazdu kosmicznego, czyli Ziemi. Daję ludzkości coraz mniejsze szanse na długie trwanie. Mamy w sobie potężny gen autodestrukcji.

Wydanie: 15/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy