Rewizjonizm literacki

W Giełdzie „Przeglądu” ogłoszono spadek akcji pisarza Stefana Chwina. Napisano, że Chwin „obsmarował kilku najwybitniejszych nieżyjących kolegów pisarzy, m.in. Herlinga-Grudzińskiego, Szczypiorskiego, Andrzejewskiego i Brandysa”. Postanowiłem sprawdzić, czy „obsmarował”, i rozważyć, czy nie miał racji. Stefan Chwin nie jest powieściopisarzem, dla którego zarywałbym noce (dla literatury fabularnej w ogóle nie zarywam), ale wśród literatów ma ugruntowaną pozycję i jego wypowiedzi się liczą. Przytoczył on skrócone wersje obelg, jakie Herling-Grudziński miotał przeciw krajowym pisarzom. Andrzejewski – „trudno znaleźć głupszego człowieka”, Jan Kott – „gówniarz”, Kazimierz Brandys – „świnia”. Słowem, „jeden u nas porządny człowiek, prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia”. Nie wskutek niedyskrecji Chwina o tym się dowiadujemy. Herling powtarzał te i podobne zniewagi słowem mówionym i pisanym wiele razy i najwidoczniej zależało mu na tym, aby szeroko się rozeszły. I rozchodziły się, budząc zażenowanie jego wielbicieli i Schadenfreude wrogów pisarzy kiedyś „reżymowych”. Miał się za wielkiego moralistę, a w Polsce być moralistą, to tyle co przyznawać sobie prawo do zniesławiania i odsądzania innych od czci i wiary. Nie dopatrzono się, o ile wiem, innych powodów jego wrogości do tych pisarzy niż polityczne. Namiętności tego rodzaju, zwłaszcza w narodzie słabo cywilizowanym, powodują intelektualną ślepotę na zasadniczą odmienność kryteriów politycznych i moralnych. Ponieważ Andrzejewski, Kott, Brandys, Szczypiorski opowiedzieli się w swoim czasie za komunizmem, Herling-Grudziński uważał ich za raz na zawsze skompromitowanych także pod względem moralnym. Różnice zaangażowań politycznych mogą być wystarczającym powodem wrogości między osobami, nawet między braćmi rodzonymi. Nie można jednak z góry zakładać, że zawsze pokrywają się z rozróżnieniem na ludzi dobrych i złych. Nawet wśród faszystów byli ludzie uczciwi, godni szacunku. Niestety, nic pospolitszego niż zamazywanie tych rozróżnień podyktowane chęcią dyskredytowania przeciwnika. Słyszy się od czasu do czasu krytyka głoszącego: to był wielki poeta, ale zero moralne. Dlaczego zero moralne? Ponieważ kiedyś nie przyłączył się do protestu, a kiedy indziej niesłusznie się przyłączył. W Grudniu podpisał petycję, którą należało podpisać w Czerwcu lub odwrotnie. O polskich pisarzach najłatwiej dowiedzieć się, jakie podejmowali decyzje polityczne, jakby chodziło nie o poszukiwaczy metafor, lecz o mężów stanu albo generałów.
Gustaw Herling-Grudziński wyrokując o jednym pisarzu, że był „świnią”, o drugim, że „głupi”, mniemał w swoim zadufaniu, że spełnia ważną misję wymierzania sprawiedliwości, i bardzo był z siebie zadowolony. Teraz okazuje się, że przytoczenie tych jego osądów może być odczytywane jako zniesławianie tego, kto je wygłaszał.
Czy Stefan Chwin dopuścił się obrazy literackiego majestatu, pisząc, że Herling „nie jest wielkim pisarzem” formatu Gombrowicza czy Miłosza? Można odpowiedzieć pytaniem: czy oczytani w literaturze trochę lepiej niż średnio o tym nie wiedzieli? Nie wolno zapominać o zasługach autora „Innego świata”, ale mówiąc o tej książce, mówimy o ważnym świadectwie historycznym, literacka strona rzeczy jest tu mało ważna. Olbrzymie uznanie, z jakim Herling spotkał się w Polsce, było premią za emigrację.
Jerzy Kosiński, człowiek bardzo ciekawy, niezwykły, był pisarzem miernym, już się o nim zapomina. W Polsce przyjmowano go nie mniej entuzjastycznie niż Herlinga-Grudzińskiego. Kolejka po jego autograf była długa na kilometr, może dłuższa. „Przyjazd do rodzinnego kraju – pisze jego biograf – był triumfem przechodzącym najśmielsze wyobrażenia (…) podejmowano go jak bohatera (…) Rzesze wielbicieli oblegały jego spotkania (…) Na wieczorze autorskim w Krakowie ludzie, którzy nie mogli się dostać do środka, wyłamali drzwi; w Lublinie tłum wdarł się przez okna, wziął go na ręce i wyniósł z budynku”. Polacy są przesadnie wrażliwi na swój wizerunek za granicą, a żaden pisarz nie zaszkodził tak bardzo temu wizerunkowi w Ameryce jak Jerzy Kosiński swoim „Malowanym ptakiem”. Ale był emigrantem i to wystarczyło do apoteozy. Powitanie, jakie naród w duchu przygotował dla Andersa na białym koniu, zostało skonsumowane przez trzech pisarzy: Herlinga-Grudzińskiego, Miłosza i Kosińskiego. Największe rzesze witały tego ostatniego.
O mechanizmie kreowania i autokreacji Herlinga-Grudzińskiego na wielki autorytet Stefan Chwin pisze następująco: „Gdzież mu tam do Gombrowicza, Schulza, Witkacego czy Miłosza. Za wysokie progi. On został przez Polaków wygrzebany z zasp emigracji, wypchnięty w górę, postawiony na widoku, obsypany zesłańczym śniegiem, ozdobiony aureolą z kolczastego drutu (…) wtłoczony w szacowną rolę „wielkiego pisarza polskiego na wygnaniu”, niezłomnego strażnika wartości i miota się w tej roli od lat, tajoną frustrację przemieniając w agresję wobec „nieszlachetnych”, którzy choć byli paskudni, mieli, niestety, talent większy niż on” („Rzeczpospolita”, 27-28 grudnia 2003 r.).
Publiczność interesująca się literaturą przyjęła zuchwalstwo Chwina z niemym przestrachem: do czego dojdziemy, jeżeli będzie wolno pisać, co się myśli o książkach i o hierarchii autorytetów literackich? „Przewartościowanie wszystkich wartości” zaczęte w literaturze może przenieść się na inne dziedziny, religijnego myślicielstwa nie oszczędzając. Taki dalszy ciąg nastąpić nie musi. Czyn Stefana Chwina może się okazać jednorazowym otwarciem okna na rześkie powietrze rzeczywistości (sprawy ducha też należą do rzeczywistości), po którym wszystko wróci do poprzedniego zaduchu. Zastanawia mnie intelektualna pasywność i podporządkowanie się młodego pokolenia, nieźle literacko wykształconego, narzuconym społeczeństwu konwenansom myślowym, uznawanie ewidentnie fałszywych poglądów za niewzruszone prawdy wieczne i pokorne poddanie się autorytetom ustanowionym na czas pewnej koniunktury historycznej, która już minęła.

Wydanie: 4/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy