Znowu krewni i znajomi królika

Zapiski polityczne
12 czerwca 2002 r.

Gdy wróciłem ze szpitala do domu, zastałem wspaniale uporządkowane biurko, co długo odkładałem, aż doszło do stanu katastrofy, gdy przychodziło do znalezienia czegokolwiek. I nagle wypłynęła długo niewidziana książka, napisana czy raczej reprodukowana z serii felietonów dla tygodnika „Po prostu” wznowionego w roku 1990 przez resztkę grona wydawców tego pisma, tak słynnego i zasłużonego w okresie popaździernikowym. Nazywała się: „O ćwiartowaniu smoka Nawijki”, co w więziennym żargonie znaczyło opowiadania, zaś smok to tylko co upadła nieboszczka komuna.
Treść tego mało znanego dziełka jest mocno przerażająca swoją współczesną aktualnością. Zamierzam w kolejnych felietonach pisanych dla „Przeglądu” cytować fragmenty drukowane 11 lat temu. Oto próbka, pierwsza z brzegu, a można ich dobrać setki:
„Kto bywał na przedwyborczych spotkaniach, wie, że w kraju pojawiło się zjawisko żywiołowej nienawiści do nowych władz, tych spod znaku „Solidarności”. Dla wielu ludzi, dotkniętych nową biedą, nowy obóz rządzący niczym się nie różni od dawnego. Chyba tym, że gospodaruje znacznie gorzej. Pisałem już wiele razy o rosnącej w siłę i znaczenie partii ludzi niezadowolonych, której dałem żartobliwą nazwę Partii Dobrobytu. Mam może naiwną – ale chyba prawdziwą wizję jej rozwoju”.
I jeszcze jeden fragment: „Obóz rządzący tkwi dalej w przeświadczeniu, że walka wyborcza (wybory 1991 r.) rozegra się pomiędzy zwolennikami Unii i Centrum: A ja się wcale nie zdziwię, gdy te ugrupowania znajdą się w przyszłym sejmie na samiutkim marginesie, prezydent zaś będzie musiał szukać kandydata na premiera wśród posłów Partii Dobrobytu bądź wśród ludzi Cimoszewicza”.
Wykrakałem tyle, że Partia Dobrobytu nazywa się, po niewielu przecież latach, Samoobroną, zaś Unia, później Unia Wolności – odeszła otoczona dość powszechną nienawiścią wyborców, co także spotkało „Solidarność”.
Nie byłem w owych latach ani prorokiem, ani mędrcem. Moje doświadczenie polityczne było jeszcze znikome, od niedawna przecież zostałem posłem, ale kilkadziesiąt spotkań z wyborcami i gigantyczna korespondencja nadchodząca na moje nazwisko do „Telewizji Nocą”, oglądanej wtedy przez wielomilionową widownię, najliczniejszą ponoć na świecie w tego typu programach, dały mi możność wyjątkowo głębokiego wejrzenia w zakamarki opinii publicznej. To zabrzmi dzisiaj wręcz niewiarygodnie, ale otrzymywaliśmy, bywało, około trzech tysięcy listów tygodniowo. Do końca życia nie zrozumiem, dlaczego telewizja nagle i głupio zrezygnowała z nadawania tego programu, natomiast wiem, że wbrew temu, co wytykali moi adwersarze, nie potrzebowałem „fotografii z Wałęsą”, by uzyskać mandat poselski. To raczej moja obecność w tym gronie „ekipy Wałęsy” wzmacniała jej szanse wyborcze, co zawdzięczałem Halinie Miroszowej i Andrzejowi Dziedzicowi. To jest do dzisiaj pamiętane przez bardzo wielu ludzi z tamtej epoki, choćby nawet byli wtedy bardzo młodymi istotami.
Książka, której nagłe przypomnienie spowodowało treść tego felietonu, jest jednak dowodem, że od samego początku „nowych czasów” odnosiłem się z kolosalną nieufnością zarówno do ludzi o rodowodzie solidarnościowym, jak i do naiwnej wiary, że niedawni członkowie PZPR, nagle nawróceni na liberalizm i – jak sądziłem – kierujący się tym samym koniunkturalizmem, który ich poprzednio skierował do komuny – będą teraz, po zawaleniu się systemu, zdolni rozumieć społeczeństwo i jego potrzeby oraz opracować taką wersję przekształceń ustrojowych, by szkody ekonomiczne i socjalne były możliwie mało dotkliwe, choć całkiem bezboleśnie tego zapewne nie można było przeprowadzić.
Niestety, zwyciężyli posolidarnościowo doktrynerzy, zadufani w swoją wiedzę, tak niedawno nabytą, nadęci ważnością sprawowanych urzędów i pyszni z natury, co im nakazywało odnosić się z lekceważeniem do narastającego i widocznego dla tych, co chcieli patrzeć – gniewu ludu na nowe porządki i na niewątpliwą krzywdę, jaka pojawiła się masowo w stosunku do osób pracowicie i uczciwie wypełniających obowiązki publiczne w poprzednich latach.
Od samego początku wśród solidarnościowców, a później wśród członków całej klasy politycznej bądź osób do niej aspirujących ujawniała się i trwa do dzisiaj kolosalna pazerność na forsę, choćby zdobywaną niemoralnie i na stanowiska uzyskiwane dzięki poparciu zwycięskich grup politycznych bez oglądania się na kwalifikacje awansowanych. Czy teraz jest inaczej?
Nie sądzę. Mam oczywiście mniejszy w tej chwili wgląd w sprawy bolesne dla kraju niż 11 lat temu, kiedy listy napływały kilogramami, ale z tego, co się dowiaduję i co mogę obserwować bezpośrednio, wynika jednoznacznie, że odpowiedź na postawione powyżej pytanie jest negatywna. Dalej niestety trwa zasada dawania pierwszeństwa swoim, i to nie tylko ze swojej partii politycznej, ale także ze swego kręgu znajomych. „Krewni i znajomi królika”. Stara i dobrze znajoma sentencja znowu nabiera wyrazistości. Każdy zresztą z nas, przywódców partii politycznych, może, jeśli zechce być szczery, potwierdzić, że bywa oblegany przez znajomych i krewnych królika w sprawie stanowiska, jakie mu należy możliwie szybko przydzielić i gdzie on, bądź jego protegowany, da sobie znakomicie radę. Oczywiście wszyscy liderzy partyjni zarzekają się przed wyborami i w ich trakcie, że nigdy znajomości, tylko zawsze wiedza, doświadczenie i sprawdzone umiejętności, ale mijają wybory, na miejscu wyborców pojawiają się rzesze petentów i co robić… no właśnie, Maciek nie może być bez pracy, ani Wojtek, ani Franek…

 

Wydanie: 24/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy