Niepatriotyczne uniesienie

Niepatriotyczne uniesienie

Jak głosi legenda, rycerze Łokietka, aby wykryć niemieckich buntowników, sprawdzali polskość mieszczan krakowskich, każąc im recytować rodzime łamańce: soczewica, koło miele młyn. Kto się w tych głoskach zaciął lub nie dość słowiańsko zaszeleścił, zostawał usieczon. Dziś testów na polskość, jako i definicji polskości, przybywa w zawrotnym tempie, a przestrogi w rodzaju: „Możesz nie lubić schabowego i kapusty, ale nie nazywaj siebie Polakiem”, zalewają nas w tysiącu wariantów. Marszałek Senatu pod presją prawicowych trolli publicznie dowodzi swojej niesemickiej, rdzennie polskiej genealogii, opozycja wyłania kandydatkę na urząd prezydencki ze względu na jej zasłużonych dla polskości przodków, a wszystko to na marne, wszak to tłum podszczuwany przez narodowców decyduje, kto Polak, kto Żyd, wymachiwanie czystej krwi życiorysem nic tu nie da. Kiedy już wszyscy wszystkich sprawdzą, ani jeden Polak się nie ostanie, co zresztą okazać się może zbawienne dla Polski, bo jak wiemy od innego marszałka: „Naród to piękny, tylko ludzie k…wy”.

Kilka dni temu nie przeszedłem testu, co do którego miałem podejrzenia graniczące z pewnością, że go przebrnę. Otóż nie beczałem na Beczale. Komuś półżartem przyszło do głowy po wiedeńskiej premierze „Halki” Mariusza Trelińskiego, by tym, którzy nie zapłaczą rzewnie podczas „jodlanej” arii w wykonaniu maestra Piotra Beczały, odbierać polskie obywatelstwo. Szedłem na warszawską premierę tego spektaklu ze spokojem, bo wzruszam się łatwo, w dodatku „szalenie delikatny jestem na kacu”, jak pisał wieszcz, a od przejęcia władzy przez kaczystów towarzyszy mi kac permanentny. Tym bardziej już podczas mazura poczułem nagłą tęsknotę za barkiem we foyer. W pokoleniu wychowanym na peerelowskiej telewizji mazur z II aktu wywołuje iście szampański odruch Pawłowa, bo ten hit Moniuszkowski puszczany był zawsze w tle noworocznego toastu. Z kolei aria Jontka „Szumią jodły” – nasz odpowiednik „E lucevan le stelle” z „Toski”, choć napisany bez mała pół wieku wcześniej – jest skarbem narodowej wokalistyki, wywołującym niezmiennie zbiorową rozkosz widowni, której włos się jeży z przejęcia. Jeśli w operze zdarzają się bisy, to właśnie podczas gwiazdorskich wykonań takich evergreenów, co zresztą jest zjawiskiem nadzwyczajnym i dość kłopotliwym – niedawno wiedeńska publiczność wymusiła wielominutową owacją bis na Jonasie Kaufmannie, a zazdrosna diwa wykonująca partię Toski już nie wyszła na scenę, przez co spektakl nie mógł być kontynuowany. Beczała nie bisował, choć owacje zebrał rzęsiste i zasłużone, mnie skóra się zgęsiła już podczas arii „I ty mu wierzysz”, ale mimo chęci zapłakać nie zdołałem. Byłem przejęty i dotknięty, bo ciało moje po prostu nie miało dotąd okazji słuchać z drugiego rzędu tenora tej klasy, to była reakcja organiczna na odpowiednie natężenie i długość fali dźwiękowej. „Halka” to muzyka żywa i świetnie brzmiąca na tle sobie rówieśnych dzieł rangi światowej – czego dowiodło choćby niedawne wykonanie włoskiej wersji językowej przez legendarny zespół Europa Galante pod dyrekcją Fabia Biondiego.

Pomyślało mi się, że ten genialny tenor, swój chłopak z Czechowic-Dziedzic, który zanim odkrył moc swojego głosu, skończył technikum mechaniczne, a dziś jest najbardziej pożądaną gwiazdą opery na świecie, mógłby być bohaterem nowej władzy ludowej, gdyby kaczyści zupełnie nie odpuścili sobie kultury nazywanej wysoką. Władza obrała inny kierunek – nie będzie ludu straszyć Moniuszką, wystarczy, że dostał mu się Dworzec Centralny w stolicy. Nowym wieszczem na kolejne pokolenia staje się śpiewający Zenek (Z w koronie na plakatach zapowiadających premierę filmowej biografii Martyniuka nieodparcie kusi, by to imię czytać jako Żenek – od żenady ma się rozumieć).

Wracając do nowej „Halki” – spektakl Mariusza Trelińskiego jest wielce efektowny nie tylko za sprawą jego filmowej proweniencji – u tego reżysera zawsze ważny jest ruch sceniczny, w tym przypadku także ruch samej sceny obrotowej, na której Boris Kudlička zbudował scenografię rodem z peerelowskiego hoteliszcza, à la zakopiański Kasprowy. Cinkciarze i dewizowcy, biały niedźwiedź, co to wszyscy z nim mamy dziecięce fotografie z Krupówek, trzej górale tańczący cepeliowskie hołubce nad ogniskiem z rozdmuchanej lamety – w takim uniwersum odbywa się tragiczne weselisko w tle śmierci nieszczęsnej dziewczyny. Zaszalała tu Dorota Roqueplo zmyślnymi i efektownymi kostiumami, tworząc czarno-biały opartowski design sukienek weselniczek, suknię ślubną z monstrualnym kokardowelonem, Jontkową kurtkę ze skaju żywcem zdjętą z kierowcy busika linii Zakopane-Kiry, a nawet góralskie czarne stroje z motywami białych parzenic, przywołujące myśl o tym, jak mogłyby wyglądać mundury goralenvolku. „Halkę” Trelińskiego mogę z czystym sumieniem polecić jako danie pyszne i pożywne, także tym, którzy zwykli stronić od okazji do patriotycznych uniesień.

Wydanie: 8/2020

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy