Jeszcze nie dno – ale już blisko

Jeszcze nie dno – ale już blisko

Właśnie zakończył się 15-letni prestiżowy proces w sprawie zabójstwa byłego komendanta głównego policji Marka Papały. Zakończył się uniewinnieniem oskarżonych. Przy okazji z ustnego uzasadnienia wyroku opinia publiczna dowiedziała się sporo o patologii śledztwa i patologii prokuratury. Naciąganie dowodów, bezgraniczna wiara w zeznania tzw. skruszonych przestępców to specyfika nie tylko tego procesu. Ale ten był pod szczególnym nadzorem mediów i opinii publicznej. Zresztą nie wiem, co by było, gdyby w równoległym procesie inna prokuratura znalazła innego sprawcę.
Można się pocieszać, że prawdziwe dno osiągnęlibyśmy, gdyby dwa różne sądy równolegle skazały dwóch różnych ludzi za to samo zabójstwo. Do tego na razie nie doszliśmy. Ale już było blisko.
Jaka z tego wszystkiego nauka? Po pierwsze, standard dowodzenia w polskim procesie jest zastraszająco niski. Oskarżenia (ale w wielu innych sprawach niestety także wyroki!) opierają się na zeznaniach tzw. skruszonych przestępców, z których niektórzy uzyskują status świadków koronnych lub małych świadków koronnych. Zbyt łatwo. Nie trzeba głębokiej wiedzy kryminologicznej, by wiedzieć, ile wart jest taki dowód. Człowiek pozbawiony wolności, za drobne udogodnienia w odbywaniu kary (a co dopiero w zamian za bezkarność czy złagodzenie kary) jest w stanie zeznać wszystko, czego od niego oczekują śledczy. Nawet nie muszą mu swoich oczekiwań wyjawiać, co zresztą bywa. Oni sami zgadują, czego się od nich oczekuje. Tu nawet nie jest potrzebna zła wola śledczych czy sędziów. Wystarczy ich brak kompetencji, doświadczenia czy chęć sukcesu za wszelka cenę, która wyłącza krytycyzm i zdrowy rozsądek. Ci „skruszeni przestępcy” przy okazji takich zeznań czasem załatwiają też swoje przestępcze porachunki rękami policji i wymiaru sprawiedliwości. Dawanie im wiary, nieraz bezgranicznej, prowadzi czasem śledztwo na manowce, czasem jednak prowadzi do skazań niewinnych ludzi. Wie to każdy doświadczony obrońca. Wie, ale najczęściej jest bezradny.
Uzasadniając wyrok uniewinniający, sąd bezlitośnie ujawniał już nie błędy, ale wręcz patologię organów ścigania. Teraz gromy sypią się na prokuraturę i prokuratora generalnego. Zapomina się przy okazji, że zanim sprawa trafiła do sądu, śledztwo trwało 12 lat. W tym czasie urzędowało kilku ministrów sprawiedliwości, którzy byli równocześnie prokuratorami generalnymi i mieli bez porównania większe kompetencje w stosunku do podległych im prokuratorów, niż ma obecnie, po nowelizacji ustawy, prokurator generalny Seremet. I co zrobili? Występując o ekstradycję Edwarda Mazura, nadali jeszcze skandalowi międzynarodowy rozgłos. Czy już nie pamiętamy, co o sprawie mówił arcyszeryf, minister sprawiedliwości, zarazem prokurator generalny Zbigniew Ziobro? Jak to na licznych konferencjach prasowych mówił o twardych dowodach? Twardych dowodach, które teraz obnażył przed opinią publiczną warszawski sąd okręgowy. Najwyraźniej ze złej woli lub karygodnej niekompetencji kolejni ministrowie sprawiedliwości prokuratorzy generalni nie dostrzegali patologii śledztwa. Aprobowali ją.
W Polsce, gdzie mimo że poziom przestępczości jest niższy niż europejska średnia, a liczba siedzących w kryminale w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców jest najwyższa w Unii Europejskiej, gdzie w dodatku na jednego osadzonego przypada w kryminale najmniejsza w tejże Unii powierzchnia, warunki odbywania kary uniemożliwiają jakąkolwiek resocjalizację, a ludzi skazuje się na długoletnie więzienia na podstawie nader wątpliwych dowodów, w tym głównie zeznań „skruszonych przestępców”, najlepszą rekomendacją dla ministra sprawiedliwości jest „pozytywna szajba” w zakresie deregulacji zawodu taksówkarzy czy spawaczy, a problemem numer jeden jest to, czy na budynkach siedemdziesięciu kilku sądów zawisną tabliczki „sąd rejonowy” czy „wydział zamiejscowy sądu rejonowego”. No, to mamy to, co mamy.
Kompromitacja organów ścigania jest wielopłaszczyznowa. Kompromitacją jest to, że dwie różne prokuratury kogo innego uważały za zabójcę gen. Papały i obie realizowały swoje przekonania w formie procesu karnego. Jedna oskarżała Boguckiego i Słowika, druga zarzut o to samo stawiała innemu podejrzanemu. To rzecz niebywała. Teraz stawia się pytanie, dlaczego prokurator generalny do tego dopuścił. Ale zanim postawi się to pytanie, a właściwie zarzut, trzeba zapytać, czy ustawa w obecnym kształcie daje prokuratorowi generalnemu możliwości ingerowania w toczące się postępowania? Otóż nie daje. Rozdzielając – po stokroć słusznie! – funkcje prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, ustawa równocześnie dała niemal pełną autonomię prokuratorowi prowadzącemu sprawę. Taką autonomią cieszył się zarówno łódzki prokurator, mający swojego sprawcę, jak i warszawski, mający swojego. Prokurator generalny mógł ich co najwyżej przekonywać, namawiać, prosić. Ale nie mógł im niczego nakazać. To patologia będąca konsekwencją niemądrej ustawy. Nie da się jej usunąć inaczej niż przez nowelizację ustawy, przywracającą zasadę jednolitości prokuratury i zwiększającą uprawnienia prokuratora generalnego wewnątrz prokuratury.
Patologią jest także sposób zdobywania dowodów i ich ocena. To już sprawa trudniejsza do poprawy. Trzeba zmienić mentalność prokuratorów, którzy nauczyli się prowadzić śledztwa na skróty. Na podstawie wspomnianych zeznań „skruszonych przestępców”, wystawianych jako świadkowie konfidentów, na podstawie samooskarżeń i pomówień będących często efektem słynnych „aresztów wydobywczych”. Jak wynika z doświadczenia, na miejscach przestępstw zabezpiecza się coraz mniej śladów, bo przy takiej metodyce śledztwa są one po prostu zbędne. Przy przeprowadzaniu czynności śledczych, w tym okazań osób w celu rozpoznania, popełnia się szkolne błędy, okazując niskich brunetów w otoczeniu rosłych blondynów, okazując ludzi w czerwonych kombinezonach niebezpiecznych przestępców wśród ludzi w normalnych ubraniach, podsuwając świadkom przed rozpoznaniem zdjęcia tych, których należy rozpoznać.
Do wydania opinii powołuje się biegłych wybranych na zasadzie: kto wykona ekspertyzę szybciej i taniej, często nie sprawdzając w ogóle kwalifikacji biegłych wpisywanych na listę. Prezes jednego z sądów okręgowych wpisał ostatnio na listę biegłych z zakresu genetyki sądowej inżyniera od budownictwa lądowego! Nawet gdy biegły jest kompetentny, zdarza się, że organ procesowy w ogóle nie rozumie jego opinii lub rozumie ją opacznie. Aby to zmienić, trzeba lat i jakiegoś programu szkoleń realizowanego konsekwentnie. Trzeba też ustawy o biegłych, o której mówi się od lat, a której wciąż nie ma.
Ale wątpię, czy takie nauki zostaną wyciągnięte z tej kompromitacji. Sądząc po wypowiedziach aktualnego ministra sprawiedliwości, na pewno nie. Dla niego wszystko kończy się na personaliach. Jedyne, co z tego wszystkiego zrozumiał, to potrzeba odwołania prokuratora Seremeta. I jeszcze to, że prokuraturę trzeba oddać pod większy nadzór polityków. To już nie propozycja leczenia dżumy cholerą. To propozycja zakażenia chorego na dżumę dodatkowo cholerą.

Wydanie: 32/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 20 sierpnia, 2013, 18:07

    Wszystko prawda, tylko brak mi w propozycjach odpowiedzialności osobistej wszystkich urzędników wymiaru sprawiedliwości, fbansowej, karnej i pozbawienia uprawnien zawodowych za złamanie prawa. Bez tego nie osiągnie się poprawy. W sprawie jak opisana wszyscy prokuratorzy stawiający sprawę przed sądem winni do końca życia mieć tylko jedno prawo, fizyczna praca przy śmieciach.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy