Egzamin niedojrzałości

MEDIA I OKOLICE

Ministerstwo Edukacji Narodowej przygotowało spektakl pt. “Próbna Matura”, w którym, między innymi, wystąpili obecny i poprzedni minister edukacji. Jak było do przewidzenia, zakończył go happy end – nawet były minister zdał maturę z matematyki, chociaż to właśnie arytmetyka stała się powodem jego dymisji. Zatem, minister, który nie potrafił dobrze obliczyć wydatków z kasy państwowej, prawidłowo wypełnił PIT. Jak widać, finanse państwowe podlegają innym regułom niż finanse obywatela.
Uznając, że dobry przykład dla maturzystów idzie z góry, maturze z polskiego poddał się sam premier,
prof. Jerzy Buzek. Podobnie jak większość jego publicznych działań, był to kolejny teatralny gest dla zdobycia szmerku uznania. Przecież jeszcze nigdy w Trzeciej Rzeczpospolitej premier i jego rząd nie byli tak niepopularni. Sondaże i prawybory nie dają im szans. I choć już odliczanie do odlotu trwa, premier i jego ministrowie usiłują ratować swój medialny wizerunek za pomocą chwytów propagandowych, określanych elegancko jako public relations.
Rzecz w tym, iż – jak mówił rozgoryczony pod koniec swego stuletniego życia ojciec amerykańskich public relations – ciągle jest to dziedzina, w której byle amator uchodzić może za profesjonalistę. Zapewne taki amator przekonał premiera, że powinien poddać się próbie nowej matury, aby poprzez jej pomyślne zdanie pokazać się maturzystom i ich rodzicom jako sympatyczny i równy facet. Na wszelki wypadek, aby nie było wpadki, maturę przygotowano na gimnazjalnym poziomie. Toteż nie tylko premierowi, ale i maturzystom in spe nie sprawiła większego kłopotu. Nic dziwnego, że jedna z licealistek cieszyła się w telewizji: “Nie wymagano wiedzy książkowej”. Istotnie.
Matura z języka polskiego była bardziej testem na zrozumienie prostego, może nawet łopatologicznego tekstu, niż sprawdzianem wiedzy o literaturze i kulturze ojczystej. Maturzysta miał zrozumieć hasło “Intelektualista, autorytet” z książeczki “Sto zabobonów” napisanej przez ojca dominikanina, prof. Jacka Bocheńskiego, w 1967 r. Pytania testowe były prościutkie, jedno z nich brzmiało: “Czy słowo niestety użyte we wskazanym zdaniu nadaje mu charakter a) wątpliwości, b) przeczenia, c) zdziwienia, d) ubolewania?”.
W powyższym i innych pytaniach użyto wzorca stosowanego przy sprawdzaniu poziomu opanowania języka, ale obcego. Być może słusznie – język polski staje się dla młodych Polaków językiem obcym. Ich słownictwo jest coraz uboższe, rozumienie tekstu – znikome. Lecz nie tylko oni mają trudności z rozumieniem mowy i wymowy ojczystej. Odnoszę wrażenie, że nawet autorzy testu nie zrozumieli właściwie przewrotnej ironii tekstu ojca Bocheńskiego, skoro przedłożyli go samemu premierowi: “Specjalista w jednej dziedzinie, nawet tak wielki jak Einstein, nie jest specjalistą w innych, w tym w sprawach etyki, polityki i poglądu na świat. Zabobonem jest przeto przenoszenie jego zawodowego autorytetu na sferę polityki i moralności”.
Czy powyższy argument nie odnosi się do samego premiera Jerzego Buzka? Jest on niewątpliwie profesorem-specjalistą, ale przecież nie w sferze “etyki i poglądu na świat”, lecz chemii i automatyki. W świat wielkiej polityki wkroczył niespodziewanie z nadania swego doktoranta, doktora Mariana Krzaklewskiego, także specjalisty, lecz tylko od automatyki procesów przemysłowych.
Jeśli zatem o. Bocheński ma rację, a przyznania mu racji wymagało pomyślne zdanie testu maturalnego, to autorytet premiera opiera się na zabobonie społecznym. Jednak ośmielę się zaprzeczyć tezie o. Bocheńskiego. Gdy twierdził, że “Wierzenie w autorytet intelektualisty jest dosłownie na niczym nie oparte”, to swoją krytykę odnosił do ówczesnej sytuacji politycznej, do roku 1967, okresu rewolty młodzieżowej na Zachodzie, kierowanej przez profesorów i intelektualistów. Stąd też jego ocena rewolucji jako dzieła nie mas ludowych, ale intelektualistów. Jednak tu koło się zamyka – krytyka intelektualistów (rewolucjonistów) opiera się na autorytecie o. Bocheńskiego jako profesora logiki i wybitnego intelektualisty (konserwatysty).
Wszakże to nie ideologia o. Bocheńskiego powinna być miarą testu maturalnego. Jak słusznie pisała prof. Jadwiga Kołodziejska w “Przeglądzie” z 9 kwietnia: “Kłopot polega na tym, że z braku solidnego oczytania znakomita większość Polaków nie mówi, a bełkocze. Nie słyszą melodyki i akcentu własnego języka, zasób słów jest coraz uboższy, poprawne zbudowanie zdania, jasnego wyrażenia swoich myśli przekracza możliwości uczniów, studentów, oraz – dodaje pani profesor – polityków i niejednego ministra”. Szkoła powinna poprawiać umiejętność posługiwania się mową ojczystą, a nie nobilitować rozwiązywanie prostych testów.
Można odnieść wrażenie, iż w tej próbnej maturze chodziło o to, aby reklamować reformę maturalną jako lekką, łatwą i nie stresującą. Ten cel został zapewne osiągnięty. Zdał premier, ministrowie, licealiści. Jacy skoczkowie, taka poprzeczka.
Czy jednak zdanie nowej matury będzie rzeczywiście świadectwem dojrzałości, a przynajmniej przepustką do niej? Z pewnością krokiem w dobrym kierunku jest odrzucenie balastu wiedzy encyklopedycznej, pamięciowego opanowania dat, nazwisk, listy dzieł. Jednak porzucenie sprawdzianu wiedzy na rzecz sprawdzianu tylko werbalnej inteligencji, to krok w niewłaściwym kierunku.
Współczesna szkoła musi się zreformować, tego kwestionować nie sposób. Nikt dzisiaj nie może powiedzieć, jakie będą potrzeby zatrudnienia (zawody, specjalności) jutra i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, które specjalności przestaną istnieć. Jakże można wymagać od szkoły encyklopedycznego i wąskiego profilu kształcenia, skoro nie znane są zawody i umiejętności, które będą potrzebne wychowankom po jej ukończeniu? Jedyne, co dzisiejsza edukacja może dobrego zrobić, to przygotować człowieka elastycznego, wykazującego się aktywnością, adaptacyjnością, innowacyjnością w świecie globalnym, w wielokulturowości. Ma wykształcić Polaków zdolnych do rozumienia innych ludzi, potrafiących korzystać z możliwości nowych technologii teleinformacyjnych, selekcjonowania, analizowania oraz syntetyzowania informacji. Jednak te umiejętności muszą być rozwijane na coraz wyższym, a nie niższym poziomie. Jeśli, dla celów public relations (dawniej zwanych propagandowymi), obniża się poprzeczkę, aby wszyscy zdali, to wkrótce każdy Polak będzie się w Europie szczycił maturą, ale wartą mniej niż papier na którym wydrukowano świadectwo maturalne.
Zatem choć premier i ministrowie zdali, to w istocie był to dla nich egzamin niedojrzałości reformatorskiej. Sama matura musi iść do poprawki.

Wydanie: 20/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy