Osad

Ścigać się z biegunką sensacji politycznych nie sposób. I nie warto.
Przed tygodniem pisałem tu o „gotowcach” politycznych, którymi karmią się media, podgrzewając atmosferę sensacji, a profitują na tym politycy uczestniczący w wakacyjnej dintojrze, której jesteśmy świadkami.
Zabawne przy tym jest to, że chociaż owych „gotowców” jest coraz więcej, ponieważ kto żyw zwołuje jakąś konferencję prasową, coś ogłasza, coś dementuje, coś potępia lub coś popiera, normalny człowiek nadal nie może się zorientować, czy będą nowe wybory, czy też ich nie będzie, czy będą one w październiku, na wiosnę, czy też za dwa lata, czy poprzedzi je, czy też nie poprzedzi ustanowienie komisji śledczych do spraw nadużyć służb specjalnych, a na koniec wreszcie, na kogo w wypadku tych wyborów warto by głosować. Ponieważ wszystkie partie co dwa dni zmieniają zdanie, wygłaszają coraz dziwaczniejsze poglądy, a także zmieniają twarze, którymi się posługują. Kaczmarek, dotychczas zapasowa twarz Ziobry w budowaniu policyjnych intryg, jest od niedawna twarzą świadka koronnego przeciwko Ziobrze, a także twarzą premiera, o którym marzą Lepper i Giertych; Miller, do niedawna stara twarz SLD, daje się teraz oglądać jako nowa twarz SLD; Tusk stale zmienia wyraz twarzy z opozycjonisty na koalicjanta PiS i z powrotem. I tylko bracia Kaczyńscy utrzymują stale taką samą twarz, ponieważ mają ją wspólną.
Ankietowani przez PBS obywatele twierdzą, że do wyborów – jeśli takowe będą – pójdzie tym razem jeszcze mniej głosujących niż poprzednio (tak twierdzi 56%), po wyborach zaś i tak nie zmieni się jakość polskiej polityki (tak twierdzi 45%).
Zwłaszcza ta ostatnia opinia zasługuje na uwagę.
Warto bowiem zauważyć, że w całym obecnym zamieszaniu przedmiotem walki na noże są doraźne, techniczne działania IV RP. A więc sposób, w jaki obecny rząd używa policji i służb specjalnych w celach politycznych, mechanizm donosów, mechanizm prowokacji politycznych czy też mechanizm przecieków z narad i spisków na szczytach władzy.
Nie twierdzę, że są to sprawy bagatelne. Wiemy, do czego prowadzi państwo rządzone przez policję podporządkowaną władzy autorytarnej, i wygląda na to, że jeśli dojdzie – w co zresztą raczej wątpię – do uczciwego prześwietlenia pod tym kątem kulis IV RP, pozostanie z niej kupa gruzu.
Ale dwuletnie rządy Kaczyńskich były nie tylko majstrowaniem przy służbach specjalnych i montowaniem zdyscyplinowanej koterii rządzącej. Przyniosły one bardzo głębokie zmiany w stylu rządzenia Polską, w postawach Polaków, w sferze świadomości społecznej. Jest to sfera, którą w obecnej rozróbie nikt się na serio nie interesuje, nie jest ona przedmiotem żadnej refleksji i dlatego z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że pozostanie ona nietknięta niezależnie od tego, czy władzę rządową obejmie PO, Kaczmarek na czele LPR i Samoobrony, a nawet może jakimś cudem obecna oficjalna lewica.
Zbyt rzadko bowiem spostrzegamy, że w obecnej Polsce za normalne już i niebudzące choćby głębszego odruchu zdziwienia uchodzą sprawy, które jeszcze 15 lat temu wydawały się wręcz niemożliwe.
To prawda więc np., że na łamach prasy sporo osób wypowiedziało się przeciwko zestawowi lektur szkolnych bez Gombrowicza czy Dostojewskiego, że ze słabszym zresztą, ale jednak protestem spotkał się pomysł nauczania kreacjonizmu zamiast teorii ewolucji i że mętne, lecz łagodne wątpliwości wzbudził pomysł umieszczania ocen z religii na świadectwach szkolnych. Ale przecież 15 lat temu każdy z tych pomysłów przyjęty byłby po prostu salwą śmiechu, a jego autor skierowany by został na kurację wypoczynkową z nastawieniem psychiatrycznym.
15, 20 i więcej lat temu na Jasną Górę czy do Kalwarii Zebrzydowskiej też ciągnęły pielgrzymki wiernych. Ale przecież ich dotarcie na miejsce nie było nigdy pierwszą wiadomością w dziennikach telewizyjnych, opatrywaną w dodatku zapewnieniami prezenterów TV, że jeśli ktoś chce wejrzeć w siebie i uczynić ład ze swoim życiem, powinien koniecznie przejść tych kilkaset kilometrów. Kiedyś ośmielano się jeszcze dyskutować, czy w lokalach publicznych i szkołach w świeckim państwie powinny wisieć krzyże i parę lat temu jacyś posłowie w akcie heroizmu przybili krzyż na sali sejmowej. Dziś sam temat jego obecności w Sejmie może podjąć tylko samobójca.
Kaczyńscy nie ukrywali też, że zamierzają na nowo nauczyć Polaków historii. Teraz pan prezydent powiedział reporterowi TVP, że widzi już w tym przedmiocie zmiany ma lepsze.
Ma rację. Na pierwszy ogień w pedagogice IV RP poszło powstanie warszawskie, przerażający dramat, który pokazał, z jaką łatwością ambicje polityczne szafują życiem ludzkim, ile kosztuje krótkowzroczność i ile zapłacił naród za tchórzliwą małość swoich wodzów, którzy wiedząc, że powstanie nie ma żadnych szans, wydali rozkaz jego rozpoczęcia. Są to wszystko rzeczy znane, opisane, poparte dokumentami, ale pedagogika historyczna Kaczyńskich zamiotła je pod szafę. Zamiast na przykładzie powstania uczyć rozsądku i trzeźwości wobec wyzwań historii, urządza się dzisiaj rozkoszne inscenizacje walk powstańczych na ulicach Warszawy i wcale się nie zdziwię, jeśli któregoś roku, na oczach ogłupionej publiczności, powstańcy wygrają, wybijając Niemców co do nogi.
Kilka dni temu prezydent urządził nam wielką fetę wojskową, wśród ułanów przejechał się dżipem, powiedział, że musimy być silni, zwarci i gotowi także wobec najbliższych sąsiadów, od których dostał stare rosyjskie samoloty i stare niemieckie czołgi, amerykańskie F-16 zaś kupił za straszliwe pieniądze. Te F-16 przeleciały wymownie nad byłym białym miasteczkiem pielęgniarek, dopominających się o minimum egzystencji. Zarówno głowa państwa, jak i minister obrony, zwany Rydzem-Szczygłym, opowiadali nam też przez cały dzień, że najlepiej jest zginąć za ojczyznę, co nabierało zresztą pewnej dwuznaczności wobec pierwszej polskiej żołnierskiej śmierci w Afganistanie.
Ale jakie praktyczne wnioski wyciągnąć mają z tych nauk współcześni?
Otóż Kaczyńscy, umacniając rządy autorytarne, wiedzą, że nic tak nie sprzyja tym rządom jak bezmyślność podlana lekkostrawnym, bo zakorzenionym w tradycji parafialno-patriotycznym sosem. I nic nie jest tak niebezpieczne dla autorytaryzmu jak krytycyzm, racjonalny tryb myślenia, laicki rozsądek.
Dwa lata temu, po wygranych przez PiS wyborach słyszało się niekiedy opinie, że może to i dobrze, ponieważ społeczeństwo przejdzie w ten sposób kurację trzeźwiącą, która je wyleczy z oparów tromtadracji i parafiańszczyzny. Nie brano jednak pod uwagę, że opary te, pompowane wszelkimi sposobami, pozostawiają trwały osad.
Dziś nie można więc już być tak pewnym, że wybory, niezależnie od tego, kiedy, kto i z kim je wygra, zakończą mentalny żywot IV RP.

Wydanie: 34/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy