Obywatel talib

Obywatel talib

Co myślę, kiedy widzę obywatela, który domaga się od drugiego obywatela, a konkretniej od obywatelki, by rodziła nawet wtedy, gdy płód jest ciężko i nieodwracalnie uszkodzony? Że są w Polsce ludzie i całkiem liczne środowiska, których misją jest zbawianie świata poprzez robienie innym ludziom piekła na ziemi. Potrafią w mistycznych uniesieniach, których źródłem są dogmaty religijne, żądać prawnych nakazów czy zakazów mających regulować wszystko i dotyczyć każdego. Również tych, którzy nie wyznają ich wiary. Bo przecież to oni są strażnikami i obrońcami życia, i to w takiej formie, jaką sami sobie określają. Charakteryzuje ich gorliwość i upór, z jakim zdobywają kolejne przyczółki wolności obywatelskich i praw kobiet. Są w tej wojnie o wiele skuteczniejsi od wszystkich ruchów wolnościowych, liberalnych, feministycznych czy prokobiecych razem wziętych. Wystarczy popatrzeć, jak w ciągu ostatnich 20 lat zmieniły się poglądy polskiego społeczeństwa na sprawy aborcji czy na obowiązującą ustawę, która ciągle, choć absolutnie bezzasadnie, nazywana jest kompromisową. Kościół i związane z nim środowiska naukowe i medialne wykonały w tym czasie ogromną pracę edukacyjną i propagandową. Mają więc efekty.
A druga strona? Gdyby ją oceniać po efektach, to widać, że król jest nagi. Że organizacje pozarządowe nie są w stanie skutecznie konfrontować się z ogromną machiną, napędzaną ideologicznie przez Kościół i wspieraną przez niego finansowo. Państwo rządzone od ośmiu lat przez prawicę jest sojusznikiem postaw prezentowanych przez środowiska kościelne. W konsekwencji na wszystkich szczeblach administracji rządowej widzimy jawne poparcie dla nich bądź tylko cichą, ale skuteczną akceptację.
Zwolennicy rozdziału Kościoła i państwa są w dzisiejszej Polsce zmarginalizowani. A postawy neutralności światopoglądowej urzędników są wypierane z codziennej praktyki. Z ciągłej obecności księży w instytucjach robi się normalny obyczaj. Ktoś, kto mówi, że to z gruntu nienormalne i że wręcz szkodzi życiu publicznemu oraz standardom państwa demokratycznego, jest coraz częściej traktowany jak kuriozum. I opisywany jako istota pozbawiona tak elementarnych cech jak polskość, patriotyzm czy uczciwość.
Lewica nie radzi sobie z tymi procesami i zmianami. Od dziesiątków lat posługuje się językiem, który, choć wypełniony słusznymi ocenami i opiniami, jest dla młodszych pokoleń tak drętwy, że nie wywołuje większego zainteresowania ani emocji. I jak wtedy mówić o angażowaniu się w sprawy, które kogo jak kogo, ale właśnie tych młodych dotyczą najbardziej? Czy zdążą oni się obudzić, zanim kolejna akcja obywatelska doprowadzi do takich zmian prawnych, które zrobią z Polski europejski przyczółek talibów?
Na osoby, których aktywność sprowadza się głównie do obrony własnych interesów i pozycji formalnych liderek lewicy, nie mogą liczyć. Skończyła się pewna epoka. Skończyła się pasmem porażek i zmianami postaw dużych grup społecznych. Poprzegrywano zbyt wiele bitew, by wierzyć, że te same osoby, które stoją na czele potężnych kiedyś, a dziś zmarginalizowanych ruchów, mogą jeszcze coś uratować.
Przykro to pisać, ale też trudno udawać, że nie ma problemu. Jest. I to ogromny. By choć trochę go zrozumieć, wystarczy przeczytać na naszych łamach dramatyczną opowieść Beaty Znamirowskiej-Soczawy.

Wydanie: 40/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy