Kto z Łodzi pochodzi…

Kuchnia polska

…ten sam sobie szkodzi. Tak mówiło przedwojenne powiedzonko, które po raz pierwszy usłyszałem zresztą z ust rodowitego łodzianina.
Ale to niezupełnie prawda, jak się okazuje. Oto bowiem władze Łodzi przystąpiły do gwałtownej i „multimedialnej”, jak się obecnie mówi, promocji swego miasta, przedstawiając je jako miejsce wielkiej szansy przede wszystkim dla inwestorów, coś w rodzaju ziemi obiecanej.
Nie o to chodzi, że Łódź obecna, mimo wysiłku, jaki włożono już w uporządkowanie miasta i przywrócenie blasku słynnej ulicy Piotrkowskiej – najpełniej dziewiętnastowiecznej, mieszczańskiej i secesyjnej ulicy w Polsce – nie jest jeszcze ziemią obiecaną. Nie może być ziemią obiecaną miasto, które swoje powstanie i rozkwit zawdzięczało przemysłowi włókienniczemu w momencie, kiedy ów przemysł włókienniczy w Polsce znajduje się w upadku. Ważne jest jednak to, że Łódź obecna chce powrócić do swojej świetności, a właściwie na powrót zbudować swoją świetność w oparciu o inne niż tylko włókiennictwo projekty gospodarcze, i że bierze się za to samodzielnie, a także z energią i pomysłem.
Pomysł ten zaś jest niezmiernie prosty. Do znudzenia słyszymy, że znajdujemy się oto w okresie globalizacji, a także integracji europejskiej, znacznie mniej jednak mówi się o tym, że owa globalizacja i integracja, wbrew pozorom, nie polega jedynie na tworzeniu wielkich globalnych czy kontynentalnych całości, lecz przeciwnie, jest także budowaniem regionów. Większość programów, finansowanych i popieranych przez Unię Europejską nie są to programy dotyczące całych państw, lecz właśnie programy regionalne, czasem wręcz przekraczające granice państwowe na rzecz ponadpaństwowych regionalizmów. Takie sytuacje zaznaczają się coraz wyraźniej na granicy polsko-niemieckiej, z regionalizmu więc postanowiła także skorzystać Łódź, ubiegając się nawet, jak czytam, o swojego przedstawiciela w Brukseli. Jest w tym coś bardzo zdrowego i nowoczesnego. Kierunek, który nie tyle nawet omija państwową mitręgę integracyjną, ale zamienia ogólniki na konkrety. Przeciwnicy polskiej integracji z Unią – a mamy ich obecnie nawet w Sejmie – operują bowiem wzniosłymi hasłami suwerenności i rdzenności narodowej, w podobnym tonie polemizują z nimi euroentuzjaści, podczas gdy budowanie regionów zasadza się na konkretnych interesach, konkretnych miejscach pracy, konkretnych inwestycjach, pozostawiając całą tę frazeologię na boku.
A nawet więcej – odcinając się od niej wyraźnie. Podczas pokazu promocyjnego Łodzi w Warszawie, który odbył się w dawnym pałacu Sobańskich, jednym z głównych motywów było mówienie o Łodzi i jej tradycji jako o mieście wielonarodowym i wielokulturowym. A więc polskim, żydowskim, niemieckim i rosyjskim, przy czym promotorom Łodzi nie przeszkadzał bynajmniej fakt, że mówiąc o rosyjskości, rozprawiają w istocie o XIX-wiecznych rosyjskich władzach zaborczych, bo przecież innych Rosjan w Łodzi było niewielu.
Nie wiem, na ile łodzianom uda się rzeczywiste wypromowanie ich miasta i uczynienie z niego autentycznego nowoczesnego, zasobnego regionu, czego życzę im najszczerzej. Ale wiem, że chcąc tego dokonać, zabierają się za to od dobrej strony, akcentując właśnie współżycie kultur jako atut i tradycję łódzką. Wielokrotnie już bowiem pisząc tutaj o naszych perypetiach z integracją europejską, powtarzałem, że niezależnie od najrozmaitszych przeszkód politycznych, dyplomatycznych i gospodarczych, które rozwiązywać muszą rządy, tym, co odstręcza od nas, czy też odstręczało dotąd kraje i społeczeństwa unijne, był klimat kulturalny Polski z jego kruchtowatością i sarmackim nacjonalizmem. Unia nie chciała i nie chce być ani nawracana przez Polaków, ani też wplątywana przez nich w konflikty narodowe, na przykład na Wschodzie. Łódź więc w swojej kampanii promocyjnej, adresowanej także na Zachód, trafia we właściwą nutę. Nieraz, także i dzisiaj, słyszy się satysfakcję, że Polska wyszła z wojny jako kraj jednolity narodowościowo i kulturalnie. Czas chyba, aby nieco zastanowić się nad tym poglądem, podobnym do radości z tego, że ktoś ma tylko jeden profil.
Pozostaje też pytanie, czy czasy świetności Łodzi – a było ich przecież kilka, od XIX-wiecznego rozwoju przemysłowego miasta poczynając, poprzez okres międzywojenny, kiedy Łodzi udało się wypromować kilka wielkich nazwisk kulturalnych, z Tuwimem i Rubinsteinem, a także zdobyć się na PPS-owski, lewicowy magistrat, aż po okres tuż powojenny, kiedy Łódź pełniła rolę faktycznej stolicy kulturalnej Polski, z uniwersytetem, prasą literacką, teatrem Dejmka, szkołą i przemysłem filmowym – brały się z tego, że Łódź miała kulturę, i to wielonarodową, czy też owa kultura była rezultatem dynamiki i rozwoju miasta?
Jest to dylemat podobny temu, co było pierwsze – jajko czy kura? Pewnikiem jednak wydaje się to, że rozwój, także społeczny i gospodarczy Łodzi nie dokonałby się zapewne bez owego komponentu kulturalnego. Że ten komponent kulturalny nadający żywość i dynamikę także poczynaniom, które na pozór z kulturą nie mają nic wspólnego, sprawia, że ludziom chce się żyć intensywniej, ruszać się szybciej i myśleć oryginalniej. W obecnej Łodzi na ulicy stoi mosiężna ławka, na której siedzi mosiężna postać Tuwima w kapeluszu, do którego można się przysiąść. Nie chodzi o to, czy rzeźba ta jest akurat szczególnie piękna, ale jest to dowód, że ktoś tam jednak myśli dowcipnie i niebanalnie. Sądzę, że musi się to przekładać na pomysłowość i w innych dziedzinach.
Jest to truizm, który powtarza się w kółko, odkąd pamiętam, starając się wbić go do głowy zwłaszcza sternikom nawy państwowej, przeważnie zresztą bez wyraźniejszych rezultatów. Nie wiem, jakie są w tej materii zapatrywania i intencje obecnego rządu i jego ministrów. Obserwując jednak nie bez uznania zabiegi promocyjne miasta Łodzi, myślę, że może by i te sprawy zacząć załatwiać bardziej praktycznie, regionalnie? Gdyby tak więc na przykład znalazł się gdzieś jakiś region, jakiś samorząd, jacyś ludzie, którzy naprawdę zechcieliby zrozumieć znaczenie szeroko rozumianej kultury dla życia społecznego…?
Ba!

Wydanie: 44/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy