Mądrzejemy?

Że Polak mądry po szkodzie, to wiadomo. Ale przecież wynika z tego także, iż przynajmniej czasami jesteśmy mądrzejsi, chociaż w niewłaściwym momencie.
Widać to coraz wyraźniej w postępach naszej myśli ekonomicznej i społecznej. To prawda, że postępy te przychodzą w momencie, kiedy zbliżające się zmiany polityczne, z przewidywanym znacznym wzmocnieniem pozycji Platformy Obywatelskiej, rokują Polsce wzmocnienie neoliberalnego kursu w gospodarce, a więc tego właśnie, który doprowadził kraj i jego ludność do obecnej sytuacji. To prawda także, iż tak wiele obiecująca Partia Demokratyczna, a więc ta, która rękami prof. Balcerowicza wprowadziła nas na ten kurs, znalazła sobie teraz nowego guru w postaci prof. Hausnera. Występując pod marką lewicy, wyprowadził on już tę lewicę na wertepy, na których nie potrafi się pozbierać i to samo uczyni z demokratami.
Ale równocześnie coraz częściej odzywają się głosy mówiące sensownie o tym, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Niedawno głos taki wydała z siebie ekonomiczna rada czterech „Gazety Wyborczej”, przekłuwając balon, jaki pod nazwą Narodowego Planu Rozwoju wypuścił, odchodząc z rządu, prof. Hausner, a który stać się miał rzekomo wspólną i perspektywiczną strategią rozwoju polskiej gospodarki. Oczywiście, że ekonomiści z „Gazety Wyborczej” widzą ten rozwój w kategoriach liberalnych, ale nawet ich rażą zawarte w Narodowym Planie Rozwoju „ogólniki i brak odniesienia do fundamentalnych problemów dotyczących roli państwa w gospodarce”, a także brane z sufitu obietnice podatku liniowego na wysokości 3×19, 3×15, a nawet 3×12%, jakimi przerzucają się prawicowe partie.
Jeszcze bardziej miażdżącą ocenę tego samego planu na lata 2007-2013 dała powołana przez premiera Rada Społeczna, pomocniczy organ opiniodawczy przy Prezesie Rady Ministrów, pokazując tym razem, że NPR w żaden rozsądny sposób nie łączy rozwoju gospodarczego z postępem społecznym, a więc w najlepszym razie konserwuje to, co jest teraz. Ta Rada Społeczna jest zresztą dość dziwnym ciałem, gromadzącym na użytek premiera bardzo solidne ekspertyzy społeczne, opracowywane przez grono znakomitych uczonych i działaczy. Premier przechodzący do liberalnej Partii Demokratycznej wrzuca te ekspertyzy następnie do kosza. Tak czy owak rodzą się tu myśli dowodzące, jak szybko mądrzejemy nie tylko po szkodzie, którą wyrządziły rządy Millera i Hausnera, ale i przed szkodą, którą przyniosą nam zapewne rządy Platformy i PiS-u.
Niedawno przeczytałem, że kiedy Amerykanie i ich sojusznicy podbili już Irak, szef okupacyjnej administracji amerykańskiej Paul Bremer III, zapytany przez Irakijczyków, jaki właściwie ustrój kapitalistyczny mają teraz budować, odpowiedział, że taki jak w Polsce. Świadczy to o tym, jak źle Amerykanie życzą Irakowi.
Ponieważ w Polsce narasta wreszcie potwierdzana przez naukowe badania świadomość, jaki właściwie ustrój budujemy. Pokazują to między innymi. obliczenia, zgromadzone przez OPZZ. Wynika z nich na przykład, że roczny czas pracy pracowników najemnych w Polsce wynosi 1984 godziny i jest o prawie 600 godzin dłuższy niż w Niemczech i we Francji, a także o mniej więcej 150 godzin dłuższy niż w Japonii. Pracujemy więc długo, ale w tym czasie pracy nasza wydajność wynosiła w roku 2003 połowę (50,2%) średniej wydajności w Unii Europejskiej, podczas gdy we Francji wynosi ona 115,1%, a w Czechach 60,8%. Tyle że pracujący Polak zarabia średnio 558 euro, Francuz zaś 2061, Niemiec 2804, natomiast Brytyjczyk aż 3276.
Te wyjściowe dane pokazują więc dość oczywistą sytuację wyjściową, w której odbija się zarówno nasze zacofanie techniczne i organizacyjne, jak i ogólne ubóstwo kraju w porównaniu z rozwiniętymi państwami Zachodu, co będziemy musieli nadrabiać przez dziesięciolecia.
Ale równocześnie Polska ma najwyższy w Europie wskaźnik bezrobocia (18,3), wobec – uważanych za bardzo wysokie – 9,5 w Niemczech i 9,7 we Francji. Tak duże bezrobocie nasi liberałowie tłumaczą nadmiernie wysokimi kosztami zatrudnienia, na które składają się także podatki i składki ubezpieczeniowe, płacone przez pracodawców, co jednak nie jest prawdą. Wysokość tych obciążeń wynosi w Polsce 43,1% wynagrodzenia pracowniczego, podczas gdy w Belgii 54,2, w Niemczech 50,7, we Francji 47,4. Tak więc zalecane przez liberałów oszczędności na kosztach pracy – będących głównie kosztami społecznymi – nie są receptą na likwidację lub zmniejszenie bezrobocia. Nie jest też tą receptą dokonane właśnie u nas zmniejszenie podatku od przedsiębiorstw (CIT) do 19%, co miało przynieść wzrost inwestycji i powstawanie nowych miejsc pracy. Ale ani inwestycje, ani miejsca pracy nie powstały, a bezrobocie nawet nie drgnęło.
Co zaś drgnęło naprawdę?
Drgnęły rosnące dochody pracodawców i powiększające się rozwarstwienie społeczeństwa na coraz bogatszych i coraz biedniejszych.
W ostatnim roku w Polsce średnia wydajność pracy wzrosła bowiem o 36%. Oznacza to, że Polacy w kontakcie z krajami Unii wzięli się do pracy lepiej i efektywniej, widząc w tym swoją szansę na poprawę losu. Ale ich płace na skutek tego wysiłku podniosły się tylko o 9%, a więc pracując lepiej, otrzymali tylko jedną czwartą tego, co dali z siebie pracodawcom. Według innych obliczeń, zyski przedsiębiorców wzrosły o 40%, a płace pracowników o 4%, a więc pracodawcy zarobili dziesięciokrotnie więcej niż reszta społeczeństwa.
Obraz staje się dość jasny. W polskim modelu kapitalizmu wzrost gospodarczy, a także wzrost wydajności pracy nie wpływają na poprawę życia społeczeństwa. Społeczeństwo, być może ożywiane unijnymi perspektywami, włożyło więcej wysiłku, ale jak dotąd powoduje to tylko powiększanie się przepaści pomiędzy obszarem bogactwa a coraz szerszym obszarem biedy. Ten obszar biedy umacnia w dodatku nie tylko bezrobocie, lecz także skandaliczny poziom płac najniższych, i wcale nie potrzeba być bezrobotnym, aby żyć w nędzy – wystarczy znaleźć się w najniższej grupie płacowej.
Obliczenia i dane, które tu przytaczam, krążą w ośrodkach badawczych, dyskutuje się o nich w kręgach naukowych, są opracowywane przez ruch związkowy, przenikają także powoli do świadomości ludzi. Świadczą o tym, że mądrzejemy.
Tylko liderzy partii lewicowych siedzą nadal na oślej ławce, plują na siebie przez rurki, puszczają gołębie z papierów podtykanych im przez naukowców i czekają na ostatni dzwonek po lekcjach, po którym będą już mogli pójść do domu.

 

Wydanie: 22/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy