Przeciwnicy użyteczni i uciążliwi

Przeciwnicy użyteczni i uciążliwi

Partia polityczna, żeby istnieć i mieć zwolenników, musi też mieć przeciwników. Walka między partiami jest normalnym stanem rzeczy, kompromitują i ośmieszają wewnętrzne spory frakcyjne. Bywa tak, że partia nie posiada żadnej treści programowej, żadnej wizji, a pozór, że je posiada, uzyskuje dzięki temu, że jest zwalczana przez inną partię. Partie PO i PiS są frakcjami jednego obozu politycznego i karierę zrobiły dzięki temu samemu programowi walki z PRL-em. Były jednak na tyle przebiegłe, że różnice między sobą przedstawiły jako konflikt dwóch obcych sobie partii.
Partia Janusza Palikota nie ma nic wspólnego z Sojuszem Lewicy Demokratycznej ani Sojusz z nią. Są sobie obce pochodzeniem i zainteresowaniami. SLD jest „postkomunistyczny”, a partia Palikota czym jest? Przez media przemknęło, ale nie bez śladu, spostrzeżenie, że w tej partii jest coś „faszystowskiego”. Co autora, wybitnego politologa, naprowadziło na to określenie? Janusz Palikot nie używa siły, nie ma jej zresztą. Ale jak by się posłużył instrumentami władzy polityk, który łamie konwencje publicznego cywilizowanego wypowiadania się, używa słów, aby dawały efekt uderzenia pałką? Byłby już sto razy zabity za obelgi, gdyby istniał jeszcze zwyczaj pojedynków. A może nie – gdyby instytucja egzekwowania honoru, jaką one były, nadal działała, Palikot czułby się ubezwłasnowolniony. Szeroko relacjonując konflikt między SLD i partią Palikota, media nadają mu charakter kłótni wewnątrz jednej i tej samej lewicy. A to jest dla kłócących się stron kompromitujące. Nie partie toczą spór, walkę, lecz lewica bawi się w piaskownicy. Palikot mógł sądzić, że umieszczenie go wewnątrz lewicy – piaskownicy pomoże mu przyciągnąć wyborców lewicowych. Kosztów zamiany samodzielnej partii w kłótliwą frakcję „lewicy” nie policzył. Policzył je Leszek Miller i stara się jak najdobitniej podkreślać, że do żadnej lewicy razem z Palikotem nie należy. I to jest prawda. Nie można jednak zgodzić się z nim, gdy mówi, że partia Palikota jest liberalna. Nie wiadomo, jaka jest. Przyczepiła się do SLD i nieustannie stara się „dutknąć palicem” Leszka Millera. Zostawcie nas – powiedział Włodzimierz Czarzasty – idźcie w swoją stronę, niczego od was nie chcemy.
O etykietę lewicową nie warto rywalizować. Nie te czasy, gdy lewica oznaczała dobrą stronę, przyciągała robotników i intelektualistów. W Polsce epokę mamy restauracyjną, odżyła przeszłość nieraz z taką intensywnością, z jaką nie istniała pod swoją pierwszą datą; tradycja myśli racjonalnej i realistycznej została wyparta, mity heroistyczne inspirują twórczość popularną i ambitną; wszystko płynie, ale wstecz. Najznakomitsi profesorowie nauk społecznych pracowali nad programem lewicy, żadna partia nie ma tak wybitnych uczonych jak Janusz Reykowski czy Jerzy Wiatr, a przecież i oni nie mogą się przebić przez przeszkody, jakie postawił duch czasu. Dlaczego ja się interesuję partią SLD? Nie dlatego, że jest lewicowa. Mogłaby być prawicowa, bo i do tego ma historyczne powody. PZPR, od której w żaden sposób się odciąć nie może, zaczynała jako partia radykalnie lewicowa, a w miarę upływu czasu tę lewicowość łagodziła, w skutku sprawowania władzy nabyła właściwości prawicowych, później liberalnych, a zakończyła swoją historię jako socjaldemokracja. Pewien bystry człowiek, politykujący intelektualista i myśliwy, bardzo się krzywił, gdy po rozwiązaniu PZPR jej następczyni definiowała się lewicowo. Uważał, że ograniczy to jej zdolność właściwego reagowania na zachodzące wydarzenia i przeciwstawienia się ultrapatriotycznej na wierzchu, a w głębi nihilistycznej „przeciwnie skierowanej”, restauracyjnej rewolucji solidarnościowej. Ta rewolucja dokona takiego zerwania z półwieczną historią narodu, jakiego w nowożytnej Polsce nie było. Myślę, że on się nie mylił.

Wydawnictwo Czerwone i Czarne wie, czym mnie zainteresować. Już o trzeciej jego książce tu piszę. Jerzy Urban pytał swoich czytelników, czy chcą, żeby napisał pamiętniki. Piszę to może z pamięci, a może z imaginacji, człowiek za dużo czyta, żeby mu się jedno z drugim nie myliło. Artur Sandauer był zdania – lata 80. – że Jerzy Urban jest jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy, w sensie mistrzowskiego posługiwania się polszczyzną, ale także pod względem intelektualnym. Wolałbym więc, żeby swoje życie opisał sam, zresztą, kto wie, może ma napisane. Na razie mamy wywiad-rzekę, w którym tu i ówdzie widać pióro bohatera. Odpowiada na pytania wywodzące się z potocznych stereotypów, ale to nic nie szkodzi. Czytając, nie traciłem zainteresowania sobą i w wielu, niech będzie kilku, miejscach znalazłem potwierdzenie swoich dawnych poglądów na to i owo. Gdy doszła do mnie wiadomość, że doradcą generała Jaruzelskiego został Wiesław Górnicki, niemal jęknąłem. Górnicki był doskonałym dziennikarzem i myślał po dziennikarsku, na domiar snobistycznie. Urban potwierdza, że kwalifikacji na doradcę szefa państwa nie miał.
Był czas, gdy z pewną irytacją myślałem o tym, że aparatczycy różnych szczebli lgną do nowej władzy, myślą tak, jak „Gazeta Wyborcza” pozwala, a Jerzy Urban, który jako rzecznik rządu przełamał władzę drętwej mowy, co w systemie ideokratycznym miało wielkie znaczenie, nie mówiąc o wcześniejszych jego kontestacjach, uchodzi za gorzej niż typowego reprezentanta upadłego systemu. „Oni się lepili do byłych przeciwników, żeby zdobyć akceptację. Przyjaźń Michnika ich nobilitowała, przyjmowała ich w obręb nowego ustroju jako swoich. A przyjaźń z Urbanem ich hańbiła. (…) Ale nie myślałem, że będzie się to za mną ciągnęło przez lata”. W końcu i z tym Urban sobie poradził.
W jego życiu nie ma radykalnych przełomów, zerwań, samonegacji. Późniejsze etapy wcielają w siebie wcześniejsze. Pod tym względem przypomina do pewnego stopnia Zygmunta Baumana i jest poniekąd przeciwieństwem Leszka Kołakowskiego.

Wydanie: 19/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy