Wrogi trójkąt: politycy, przedsiębiorcy, kulturaliści

Wrogi trójkąt: politycy, przedsiębiorcy, kulturaliści

Słabym ogniwem współczesnej demokracji są elity władzy. Wiele mamy sygnałów, a nawet dowodów, że system wyłaniania przywódców – parlamentarzystów, członków rządu, prezydentów – jest wadliwy. Ściślej biorąc, demokracja współczesna nie ma przywódców – ma wykonawców woli grup interesów, pilnych czytelników gazet i niewolników sondaży opinii publicznej. Te sondaże informują, w jakim stopniu propaganda głoszona przez media wpływa na poglądy ogółu. Do roli polityków najlepiej nadają się ludzie bez charakteru, bez własnych przekonań, gotowi dla dobra swojej partii głosić dowolne nonsensy i z tego samego powodu nie dać się przekonać najoczywistszym argumentom.

Polska cierpi na słoniowatość (fachowo mówiąc: elephantiasis) władzy politycznej, która niesamowicie się rozrasta. Ciało ustawodawcze rodzi w króliczym tempie regulacje, nakazy, zakazy i rozciąga swoją władzę opiniowania na zdarzenia dawno minione. Każda nowa ustawa to nowe urzędy i biura, nowi urzędnicy, funkcjonariusze, nadzorcy i kontrolerzy. Odpowiednio do tego degeneracyjnego rozrostu zwiększa się rola polityków partyjnych. Polityka to najszybszy sposób na robienie kariery, wyjście z anonimowości, awansowanie w hierarchii społecznej dla ludzi bez talentów, o słabych lub żadnych kwalifikacjach zawodowych.

W polskim systemie politycznym zachodzi wyraźna nierównowaga na niekorzyść reprezentacji interesów gospodarczych. Politycy przyjęli aksjomat, że bezpieczeństwo – rozumiane jako utrwalenie ich władzy – jest ważniejsze niż cele gospodarcze i „musi kosztować”. Z tego punktu droga prowadzi wprost do zastoju lub regresu gospodarczego. Trzeba sobie wybić z głowy nadzieje na dorównanie krajom Europy Zachodniej tak pod względem gospodarczym, jak cywilizacyjnym. Od czasu do czasu nagłaśniane jest hasło: przede wszystkim gospodarka, durniu! Na durniach nie robi to wielkiego wrażenia.

Joseph Schumpeter, sławny ekonomista i myśliciel społeczny, wprowadził pojęcie przywództwa gospodarczego. Według jego koncepcji przywódcą gospodarczym jest nowatorski przedsiębiorca, odróżniony od zwykłego biznesmena naśladującego znane sposoby działania. Nie komu innemu jak przedsiębiorcy Zachód ma do zawdzięczenia bezprecedensowy rozwój przemysłu i handlu. W Polsce Schumpeterowskie pojęcie należałoby nieco rozszerzyć, aby obejmowało przedsiębiorców, którzy niekoniecznie są nowatorscy na sposób zachodni, ale prowadzą działalność gospodarczą z sukcesem i na znaczną skalę. Przedsiębiorcy chińscy na przykład wcale nie są nowatorami, przeciwnie, są zręcznymi imitatorami, ale w swoim kraju stanowią grupę przywódczą.

W każdym społeczeństwie obok przywództwa politycznego i gospodarczego istnieją inne rodzaje przywództwa. Duchowni i ludzie kultury, działacze związków zawodowych i głośni dziennikarze mogą wywierać znaczny wpływ na bieg spraw publicznych, chociaż poza swoimi instytucjami za nic nie odpowiadają. W porównaniu z nimi rola przywództwa gospodarczego jest w Polsce sztucznie pomniejszona, jak gdyby wskutek zmowy polityków i mediów.

*

Między ludźmi biznesu i ludźmi kultury zachodzi konflikt natury psychologicznej, który daje skutki ogólnospołeczne. Ludzie kultury mają do swojej dyspozycji środki masowego przekazu i wskutek tego ich wpływ na opinię publiczną jest znaczny. Swoje uprzedzenia wobec biznesmenów przedstawiają ekspresyjnie i sugestywnie, czuje się, że niechęć płynie im wprost z serca. Druga strona nie jest w stanie się bronić, a może nawet nie czuje takiej potrzeby. Różnicę między sobą a ludźmi biznesu „kulturaliści” wiążą z silnie zabarwionym „moralnością” rozróżnieniem „mieć” czy „być”. Jest to dylemat pozorny i służy do poniżenia wytwórców dóbr materialnych, w tym przedsiębiorców. Znaczenie tego konfliktu ostatecznie polega na tym, że warstwa ludzi najbardziej czynnych w gospodarce jest przedstawiana społeczeństwu w złym świetle, wskutek czego jej wpływ na bieg spraw publicznych jest mniejszy, niż być powinien. Przy okazji ulegają dyskredytacji motywacje i wartości, od których zależy postęp gospodarczy, a więc przedsiębiorczość, dążenie do gromadzenia kapitału itp. Gospodarka jest poruszana motywem zysku i faktem jest, że ludzie biznesu są w pewien sposób chciwi, inaczej być nie może. Kultura dla odmiany jest pobudzana pragnieniem sławy, a więc twórcy kultury muszą być próżni, co wcale ich nie leczy z chciwości, jak o tym sami dobrze wiedzą.

Owo sławne „być”, którym chce się zawstydzać ludzi interesu i „praktycznych materialistów”, oznacza skupienie uwagi na samym sobie, na własnej osobowości, na jej wyrażaniu, na swoim wizerunku w oczach innych ludzi. Taki rodzaj egotyzmu nie jest potrzebny przedsiębiorcy, może być nawet dla niego szkodliwy.

Kultura stanowi autonomiczną domenę, mającą swoje hierarchie, swoich przywódców i swój system nagród. Konkurencja w tej domenie jest inna niż w gospodarce, lecz nie mniej „mordercza”. Różnica między gospodarką a kulturą nabiera charakteru ideologicznego, gdy opisuje się ją kategoriami alternatywy „mieć” czy „być”. Działania w dziedzinie produkcji materialnej, dążenie do rentowności postawione w opozycji do tajemniczo głębokiego „być” reprezentują w oczach kulturalistów egzystencję zdegradowaną, podczas gdy kultura z jej zasadą ekspresji osobowości jawi się jako najwyższa instancja uprawniona do osądzania wszystkiego i jest zwolniona od obowiązku dawania racji.

Wydanie: 33/2016

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

  1. czytelnik
    czytelnik 23 sierpnia, 2016, 14:33

    Po przeczytaniu Twoich licznych wypocin pod artykułami tutaj się ukazującymi mam tylko jedno pytanie: czy Twoi rodzice byli spokrewnieni ?

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Józef Brzozowski
    Józef Brzozowski 24 sierpnia, 2016, 05:26

    Pan Bronisław Łagowski na wstępie swego felietonu napisał tak, cytuję:

    [cyt] Słabym ogniwem współczesnej demokracji są elity władzy. Wiele mamy sygnałów, a nawet dowodów, że system wyłaniania przywódców – parlamentarzystów, członków rządu, prezydentów – jest wadliwy. [/cyt]

    Też tak myślę. Uważam, że w Polsce przydałaby się zmiana ustroju z obecnego totalitaryzmu partyjnego (dyktatury central partyjnych), na demokrację przedstawicielską. „Demokracją przedstawicielską” nazywają obecną dyktaturę partyjną towarzysze PO-PiS tak samo złudnie, jak swoją dyktaturę nazywali „demokracją ludową” towarzysze z PZPR. To są puste nazwy. Ani w PRL-u nie rządzili przedstawiciele wyborców, ani obecnie, w III RP nie rządzą przedstawiciele wyborców.

    Moim zdaniem demokracja powinna się opierać na:
    a) trójpodziale władz (każda z trzech władz jest niezależna od dwóch pozostałych, a wszystkie są zależne od swoich wyborców w okręgach),
    b) upodmiotowieniu obywateli. Obecnie wyborca najbardziej upodmiotowiony jest w wyborach do Senatu. Upodmiotowiony jest do momentu wrzucenia głosu do urny. Potem staje się przedmiotem w decyzjach senackich.
    c) decentralizacji na rzecz autonomii finansowej i gospodarczej gmin,
    d) oraz na konstytucji obywatelskiej, konstytucji, gdzie zmiany w niej zatwierdzają (tylko i wyłącznie) obywatele w referendum.

    Aby system wyłaniania przywódców (przedstawicieli) był sprawny, mandatariusze winni być zależni mandatem od wyborców w okręgu.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy