Cieć moralności

TELEDELIRKA

Na straży naszej moralności stoją jej Stróże. Chcą nas do Europy wprowadzić z naszymi wartościami. Stara Europa już dziś trzęsie się na samą myśl o ewangelizacji, jakiej udzielą jej nasi eksperci od cudzych portfeli i samochodów. Może by tak u siebie katechizm wprowadzić? Stróża interesuje jednak tylko ideologia związana z seksem. Czuwa on nad tym, byśmy zygoty nie usunęli, pornografii w telewizji „na żywo” nie oglądali, no chyba że osoby uprawiają ją wyłącznie w celu prokreacji i są po tak zwanym słowie; teraz zamiast słowa może pojawić się piiiipppp, bo w TV nie wolno używać wyrazów, a co zrobić, jak inaczej mówić się nie umie? Nie wolno nam także wchodzić w związki małżeńskie homoseksualne, jakby mogło być coś gorszego od zwykłego związku. Z Heterykiem lub z Heterą.
Czy jednak Stróż od moralności jest autorytetem moralnym? Stawiam 99 do 100, że nie, bowiem autorytet moralny to etat dożywotni i nie godzi się brać drugiej fuchy. Dla wielu moralnym autorytetem w kwestiach wiary jest rzecz jasna papież, a w materii literackiej poeta Czesław Miłosz. Oczywiste jest więc, że żadna z tak nobliwych osób nie zajmuje się stróżostwem.
Ze stróżów najbardziej lubię swojego Anioła Stróża oraz pana Zbynka S., co pełnił obowiązki ciecia w naszej kamienicy. Tenże Zbynek wiedział wszystko o wszystkich, owszem, czasem puścił farbę na temat, kto się z kim puścił, oraz kto komu farby upuścił, ale facet po prostu nie mógł unieść samotnie ciężaru tej wiedzy, musiał się podzielić; był jednak ostatni, by moralności cudzej pilnować. Podobno często ciecie w SB dorabiali, może inni, Zbynek z pewnością nie. On głupiego tak udatnie udawał, że nikt ze Spółdzielni Ucho nawet go nie molestował.
Anioł Stróż natomiast głośnym trąbieniem ostrzega mnie przed stróżami moralności. Choć przez lata praktyki sama nauczyłam się odróżniać profesję moralnego ciecia po zapachu, to znaczy po smrodku dydaktycznym.
Prawdziwy Autorytet moralny Miłosz udzielił wywiadu Piotrowi Najsztubowi. Na pytanie tego niezwykle płodnego dziennikarza, czy ma poczucie, że teraz już mu wszystko wolno, powiedzieć czy zrobić, poeta odrzekł: „Nie. Mam bardzo duże poczucie odpowiedzialności. Na przykład waham się z ujawnieniem rozmaitych rewelacji. To mogłoby komuś zaszkodzić”. Prawda, że ładnie? Ma haka, a nie powie. No, może nawet mógłby nie mówić, że coś trefnego wie, ale taka drobna słabość jest urocza, odbiera pomnikowi nieco jego pomnikowości.
Miłosz ma brata, Andrzeja. Zawód: brat Miłosza. Brat ów nadesłał do Gazety W. krótki list, w którym pisze: iż dowiedział się z TVP, że „sędziwy redaktor Zygmunt Broniarek został odznaczony jednym z najwyższych odznaczeń polskich – Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski – i dołączył do grona uhonorowanych tym odznaczeniem wielkich Polaków”.
Dotąd wszystko jest OK, czyżby brat słynnego brata chciał pogratulować Broniarkowi? Jasne, że nie! Mamy rok 2002, a brat Andrzej wspomina rok 1980, kiedy to Miłosz właściwy, Czesław, dostał Nobla i w przemówieniu z tej okazji powiedział o „haniebnym pakcie Mołotow-Ribbentrop”. Andrzej Miłosz siedział pośród zaproszonych, a za jego plecami, jasne, że z tyłu, uplasował się redaktor Broniarek, który wypowiedział był półgłosem, ale na tyle pół, a na tyle głosem, że usłyszał to nadawca wyż. wym. listu, następujące słowa: „No, to Miłosz jest już skończony!”. Półgłosem, a jednak z wykrzyknikiem!
Czy wobec powyższego faktu trzeba zabrać order Broniarkowi? Nie, łaskawca brat nie posuwa się aż tak daleko. Jest łagodny w ocenie, kończąc liścik do naczelnika, wali z cienkiej rurki: „Oportunizm nie przekreśla kwalifikacji dziennikarskich, a więc redaktor Broniarek, naprawdę znakomity dziennikarz, niewątpliwie zasłużył na order z gwiazdą, ale powinna to być gwiazda czerwona”.
Tu następuje podpis.
Czujesz to, czytelniku? Ten cieniutki żarcik, prztyczek dany w nos „sędziwemu” redaktorowi, tak jakby Broniarek mógł być sędziwy.
Czy jednak wszyscy żyjący w tamtych stalinowskich latach nie byli odrobinę oportunistami? Nawet czyści dziś jak łza komsomołki, tacy jak Czesław Miłosz, po to, żeby wówczas wyjechać z kraju na obcą placówkę, musieli pocałować się z ówczesną władzą, poczuć jej śmierdzący bolszewicki oddech, zobaczyć czerwony komunistyczny język, musieli robić niedźwiedzia, najpierw w lewy policzek, potem w prawy i znów w lewy, musieli się więc po gombrowiczowsku fałszywie zbratać z tym komuszym parobkiem – jednym słowem, musieli być ludźmi zaufanymi.
Osobiście nie mam nic przeciwko tym konformistom. Przeciwnie, uważam, że życie pośród samych antykonformistów, bohaterów bez skazy, co to wolą pójść jak Kuroń do pierdla, niż siedzieć cicho, byłoby nie tylko piekłem, byłoby po prostu niemożliwe.
Interesuje mnie, po co Andrzej Miłosz opisuje „wydarzenie” sprzed 20 lat. Skąd wie, co Broniarek miał na myśli? Może powiedział tak, bo martwił się, że nie będą wydawać w kraju wierszy Miłosza? A może „skończony” odnosiło się do tego, że Nobel kończy sprawę? Albo miało to znaczyć, że Miłosz jest skończonym poetą? Nie w sensie „skończony”, czyli nic już dobrego nie napisze, ale, że jest, powiedzmy, skończenie doskonały?
Tak czy owak, Andrzej Miłosz piszący liścik, po którym w teatrzyku Zielona Gęś „kurtyna spada i zabija się na miejscu”, jest całkiem niepotrzebnie stróżem brata swego. Nie pamiętam już, kto powiedział kiedyś: „Miłosz ci wszystko wybaczy”. Owszem, Czesław tak, ale brat? Przenigdy!

 

Wydanie: 15/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy