A co poza tym?

Ubiegły tydzień upłynął nam niemal w całości na przeżywaniu emocji związanych z werdyktem Trybunału Konstytucyjnego dotyczącym skargi SLD przeciwko uchwalonej przez Sejm ustawie lustracyjnej. Trzeba przyznać, że zarówno rząd, jak i większość sejmowa dołożyły wszelkich starań, aby za pomocą przemyślnych chwytów i forteli – od donosu lustracyjnego na sędziów Trybunału poczynając, a na opóźnianiu druku werdyktu w Dzienniku Ustaw kończąc – podnieść dramaturgię tych wydarzeń do poziomu porównywalnego co najmniej z finałem meczu o Puchar UEFA pomiędzy Sewillą a Espanyolem. Sam werdykt wreszcie przyjęty został przez opinię jako zwycięstwo demokracji, to znaczy prawa i sprawiedliwości, co nie jest takie częste w państwie rządzonym przez Prawo i Sprawiedliwość.
Nie zamierzam więc psuć tej atmosfery, choć trudno mi oprzeć się refleksji, że jednak system demokratyczny, wspierający się na rozumie, szlachetności charakterów i odwadze cywilnej 11 kobiet i mężczyzn w togach sędziowskich, nie spoczywa u nas na zbyt silnych podstawach. Wystarczyłby bowiem brak tych cech, a więc nieco inny skład Trybunału, aby sprawy potoczyły się całkiem inaczej. Wiedzą o tym doskonale bracia Kaczyńscy, stąd też ich wzmianki zarówno o składzie, jak i niewłaściwym usytuowaniu Trybunału w systemie władz państwa, a także o możliwości uchwalenia ustawy lustracyjnej jako ustawy konstytucyjnej, która nie będzie podlegać Trybunałowi. Są to wszystko działania, które mieszczą się w zakresie możliwości PiS i jego sojuszników i których możemy się spodziewać.
Myślę bowiem, że zafascynowani zdarzeniami związanymi z lustracją i dotyczącą jej ustawą niezbyt dokładnie obserwujemy szerszy wymiar procesów zachodzących w Polsce i wokół Polski. A są to sprawy złożone.
Wydarzenia lustracyjne z pewnością odniosły ten skutek, że wprowadziły pewne ożywienie w kołach intelektualnych i naukowych, przerywając dotychczasowe milczenie tych środowisk w kwestiach publicznych, co naukowcy, artyści i intelektualiści uważali dotąd za gest wyniosłości wobec codziennego bagienka polityki. Rezultatem tego ożywienia stało się więc kilka publicznych dokumentów, sygnowanych przez wybitne nazwiska polskiej kultury, a także przez autorytety społeczne, i przypominających o fundamentalnych zasadach demokracji i szacunku dla praw człowieka i obywatela. Jest świetnie, że dokumenty takie i takie głosy się pojawiły i wiele osób czerpie z nich otuchę. Nie można jednak wykluczyć, że dla równie dużej, a może nawet liczniejszej grupy osób podnoszone argumenty i przypominane zasady są zaledwie jak śpiew słowika, którego urody nikt nie neguje, ale którego nocne trele nie wydają się nikomu niezbędnym warunkiem egzystencji.
Niedawno niemiecki korespondent w Polsce poddał zachodzące u nas zdarzenia nieco szerszemu oglądowi i stwierdził dość trafnie, że można je widzieć także jako konflikt pokoleniowy o wyraźnie zaznaczonym tle społecznym. Twierdzi on, że III Rzeczpospolita była dziełem zaawansowanego już dziś pod względem wiekowym pokolenia, którego miejsce chce zająć obecnie pokolenie nie tylko młodsze, ale też wywodzące się z kręgów społecznych gorzej sytuowanych, prowincjonalnych, gorzej wykształconych, lecz za to bardziej „rdzennych”, narodowych i katolickich. Jest to nie tylko trafna charakterystyka elektoratu PiS czy LPR, ale przypomina ona także te kręgi społeczne, które w roku 1968 były siłą napędową tzw. wypadków marcowych. Zmieniła się, chociaż wcale nie tak radykalnie, retoryka, ale pozostały te same fobie, np. nienawiść i pogarda dla elit, pomawianych o kosmopolityzm, i te same ideały – swojskość, rdzenność, religijność, ksenofobia.
Gdy władzę obejmowała AWS, Krzaklewski mówił otwarcie, że potrzebuje dla swoich zwolenników 4 tys. posad. Lustracja miała sprawdzić około 600 tys. osób, a szerokość i płynność pojęcia współpracy z komuną gwarantowała, że większość stanowisk zajmowanych przez te osoby zostanie zwolniona. W administracji, ale i w gospodarce, nauce, kulturze, mediach, systemie oświatowym czy sądownictwie.
Nie jest to zamiar bagatelny i trudno przypuszczać, aby po porażce przed Trybunałem Konstytucyjnym został on zaniechany, stoją bowiem za nim konkretne siły społeczne, których wyrazem jest polityka PiS. I nie jest ona bez szans.
W Polsce bowiem, czego nie wolno nie zauważyć, zmienia się charakter elektoratu. Można się spierać, czy kraj nasz opuściło półtora, dwa czy też trzy miliony obywateli szukających pracy i szczęścia za granicą. Ale ich wyjazd już daje o sobie znać w spadku cyfr dotyczących bezrobocia – mówi się nawet o 13% wobec niedawnych 18 – zaznaczy się on także w wynikach wyborczych, ponieważ wyjeżdżającymi są ludzie młodsi, lepiej wykształceni, a w każdym razie bardziej przedsiębiorczy i silniej zorientowani na Europę, a więc stanowiący elektorat liberalno-lewicowy. Ich wyjazd zaś wzmacnia, rzecz jasna, opcję narodowo-konserwatywną.
Polska narodowo-konserwatywna będzie zaś popadać – i już popada – w coraz większe kłopoty międzynarodowe, ponieważ wiatry wiejące w tych rejonach są jej przeciwne. Pani Fotyga, nasz Talleyrand – odmawia wyjazdu na rozmowy do Moskwy, ponieważ Rosjanie nie chcą jeść polskich schabowych. Ale jedzie tam Condoleezza Rice, chociaż różnice amerykańsko-rosyjskie nie dotyczą tylko żeberek, zwłaszcza polskich. Francja wybrała prawicowego prezydenta Sarkozy’ego, co powinno być bliskie naszemu prezydentowi, co z tego jednak, kiedy głównym zawołaniem Sarkozy’ego jest jedność i integracja europejska, którą my chcemy ograniczać, a do proponowanego obecnie przez Francję zamiast konstytucji traktatu europejskiego na pewno nie da się wpisać preambuły z invocatio Dei, co nam wydaje się ogromnie ważne. Wyczerpaliśmy już chyba także kontyngent nietaktów i gaf wobec Niemiec i Angeli Merkel i Niemcy już na pewno nie pójdą na wojnę z Rosją przeciwko rurze gazowej omijającej nasze państwo. Na koniec wreszcie jesteśmy już jedynym państwem, które nie zauważa, że za naszą wschodnią granicą, pod rządami Putina, rośnie prawdziwie silne państwo, którym Rosja, według naszych spekulacji, nie miała się stać już nigdy. Coś podobnego przeżyła już Polska kilkaset lat temu, kiedy zaczęło nam rosnąć ni stąd, ni zowąd Księstwo Moskiewskie, z którym nigdy nie umieliśmy się dogadać. Ale tak daleko nasza „polityka historyczna” z pewnością nie sięga swoją wyobraźnią.
Dobrze więc, że mamy dzielny i mądry Trybunał Konstytucyjny, który przywrócił nam nieco wiary w przyszłość.
Ale co dalej? I co poza tym?

Wydanie: 21/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy