Ucieczka w seriale

Od kilku lat obserwujemy serialowe zjawisko. Zjawiskowe seriale! Kiedyś gardziliśmy latynoską produkcją, tasiemcami z niewolnicą Isaurą itd. Było wówczas niezłe kino, było w czym wybierać. Ja nie miałam jeszcze klaustrofobii, oglądaliśmy więc ambitne filmy w kinie. Potem z biegiem lat kino marniało, więdło, zmieniało się w produkcję dla dzieci, tak jak „Gwiezdne wojny”, które zresztą są świetne i stanowią wyżyny gatunku. „Harry Potter” to już nie to samo. Od czasu do czasu pojawia się prawdziwa perła w plastikowym naszyjniku. Chodzę czasami na prywatne projekcje, oglądam wiele filmów animowanych – w tym Polska jest świetna! Czasem pojawia się dobre kino na telewizyjnym kanale Kultura czy w programach pokazujących filmy bez przerywania reklamami.
„Volver” mnie urzekł. Oglądałam go dwa razy, drugi raz ze scenariuszem Almodóvara w ręku, sprawdzając, jak precyzyjnie dopracowane są wszystkie sceny. Lubię też Allena, Polańskiego. Scenariusze Polańskiego także są niesamowicie dokładne, rozpisane i rozrysowane. Dowiedziałam się tego, przygotowując się do wywiadu z mistrzem. Wywiad mi się nie udał, to nie mój „job”, ale nie żałuję. Dużo się nauczyłam, poznałam go i zobaczyłam, jak zmienia się z uroczego faceta w bezwzględnego reżysera, który musi udzielić wywiadu, bo ma to w kontrakcie. To było po filmie „Gorzkie gody”. Czekam na jego „Rzeź” z Kate Winslet.

I tu wracam do sedna, czyli serialu. Seriale zyskały jakość, jakiej nie miały wcześniej. Są ambitniejsze niż kiedykolwiek. U nas w domu wszystko zaczęło się od „Rodziny Soprano”. Nie było łatwo wdrożyć się do oglądania każdego odcinka, nie mamy zbyt wiele czasu ani nawyku oglądania i nigdy nie gapimy się w ekran przed godziną 19.00, chyba że dzieją się rzeczy wielkie lub tragiczne, transmitowane na żywo.
A jednak z „Rodziną Soprano” się udało, dzięki powtórkom. Pierwszą część obejrzeliśmy całą.
Dobre wydają się takie seriale, jak „Sześć stóp pod ziemią”, „Mad Men”, a nawet „Czysta krew” o wampirach czy świetne „Zakazane imperium” – choć dużo tu krwawych jatek, porachunki pokazane są bardziej serio niż działania gangstera Soprano. Kąpiel ofiary w cementowych butach robi wrażenie, jest zawsze ostatnią kąpielą. Wiele jest dobrych seriali prawniczych: „Kancelaria adwokacka”, „Sprawy inspektora Lynleya”, „Sędzia John Deed” (polecam nowe odcinki). W tym celują Anglicy. „Czarna Żmija” niestety gdzieś zniknęła we wcześniejszych godzinach, podobno najlepszej oglądalności; my wtedy w ogóle nie oglądamy. Brytyjskie, irlandzkie i szkockie kino jest OK. Zawsze dobrze grane, zawsze o czymś. Na nasz europejski smak lepsze niż śmieciowe seriale hollywoodzkie.
Polskie seriale? Bardzo przepraszam. Spuśćmy zasłonę miłosierdzia. Ze trzy historyczne są OK. Oczywiście wojenne.
Obyczajowe proszą się o grom z jasnego nieba, walący w telewizor. Choć nie, byłaby szkoda, bo przecież można zmienić kanał i trafić na coś fantastycznego. Wczoraj telefonowałam do syna, żeby obejrzał „Mildred Pierce” z Kate Winslet, którą uwielbia, ale już wiedział. Szeptana propaganda jest najlepszą reklamą. Dla mnie Kate w rankingu wybitnych młodych aktorek wychodzi na prowadzenie. Warto było obejrzeć dwa pierwsze odcinki! Straszny żal, że nie można zrobić u nas czegoś podobnego. Wszystko jest na wysokim poziomie, dialog, akcja, zdjęcia, muzyka. Wszyscy rewelacyjnie grają, mężczyźni, kobiety, nawet dzieci. Nasze dzieci grają równie fałszywie jak dorośli. Chyba że bierze się dziecko z domu poprawczego, jak w „Cześć, Tereska”.

Nie wiem, czy ten fałsz obecny w naszym ciągle podwójnym życiu odbija się w sztuce serialowej, czy hipokryzja i napompowanie muszą towarzyszyć grze aktorów? Czy reżyser nie może prowadzić ich na smyczy? Mieliśmy kiedyś dobre seriale. Naprawdę, były pełne wdzięku, mądre. Była „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Chłopi”, „Dom” i kilka innych. Jak myślicie, dlaczego ludzie wciąż oglądają „Czterech pancernych” i „Stawkę większą niż życie”, mimo odtrąbienia, że są niesłuszne? Bo były dobrze grane, miały dobrą muzykę i scenariusz trzymający w napięciu.
Dlaczego nie korzysta się z dobrych wzorów? Czy naprawdę twórcom się wydaje, że ludność składa się z samych ćwoków? Dlaczego zdolni reżyserzy walą takie knoty? Zaczęła się rodzima „Dynastia”, czyli „Rezydencja”. W obsadzie plejada. I co? I nico. Udają milionerów, snują się w szlafrokach i robią oko do widza. Nie byłam fanką „Dynastii”, choć kiedyś napisałam o niej tekst dla „Polityki”, musiałam więc regularnie oglądać. Też była tam groteskowa gra dwóch kobiet, głównych bohaterek, zwłaszcza Alexis, ale można było odnaleźć wszelkie mity, archetypy. Była bratobójcza walka synów, podobnie jak Kaina z Ablem, błędy rodziców wyróżniających jedno dziecko kosztem drugiego, zdrada, manipulacje, trudność pogodzenia się ojca z homoseksualną orientacją syna. Początkowy brak tolerancji stopniowo przechodził w akceptację. To były wielkie i małe dręczące problemy.
Ludzie uczą się życia z seriali. Czasami jest to jedyny podręcznik. I jedyna szkoła.

Może dlatego, że nie mamy dobrych seriali, nasze życie publiczne, społeczne, obyczajowe i polityczne jest takie ubogie i byle jakie? Przecież to istna telenowela latynoska. Prawdziwe niestety są traumy, ale to już materiał na kino dokumentalne, mam nadzieję, że nikt nie zrobi serialu o tragedii smoleńskiej. Chociaż istnieje uzasadnione podejrzenie, że politycy PiS będą używali jej do swoich paskudnych, przyziemnych celów. Chyba że PR im odradzi. Dla władzy zrobią wszystko. To też byłby materiał na dobry serial. Jednak my, zmęczeni polityką, nie chcemy ich już oglądać.
Uciekamy w dobry serial obyczajowy z Kate Winslet i dobrze, wyjdzie to społeczeństwu na zdrowie. Na razie zamiast debat o debatach oglądajmy Kate Winslet w „Mildred Pierce”. To serial jakby stworzony dla nas, o tym, jak sobie radzić w kryzysie, nie tracąc twarzy.

20 września 2011 r.

Z blogu Krystyny Kofty na portalu Onet.pl
http://krystyna-kofta.blog.onet.pl/

Wydanie: 39/2011

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy