Wybudzanie ze snu

Wybudzanie ze snu

Jak zawsze „Gazeta Wyborcza” publikuje zdjęcia ważnych ludzi, którzy umarli w mijającym roku. I jak co roku zaskakuje mnie, jak wielu z nich znałem – więc świat myśli i sztuki nie jest taki wielki. Na różnych wagach waży się ważność ludzi. „Gazeta Polska” nie zamieściłaby 80% nazwisk, które są w „Gazecie”, według nich, „niepolskiej”. A przecież przyszłość, „Korektorka-Wieczna” (Norwid), i tak wkrótce zrobi swoje: zapomniani zostaną niemal wszyscy, już sprawiedliwie.

Awaria spłuczki w toalecie, woda ciekła, a szambo prawie pełne. To przywraca miarę i wagę rzeczy. Wymiana filtra w studni – nie tak łatwo tam wejść – przypomniała mi, że jestem coraz mniej elastyczny. W dniu Wszystkich Świętych na powązkowskim cmentarzu kupuję pańską skórkę, taką, jaką pamiętam z dzieciństwa, spod kościoła. I ten smak kojarzy mi się z ucieczką spod moich nóg więcej niż połowy wieku. Zwykle sprawy ostateczne docierają do nas nie wprost, ale pośrednio.

Janusz Palikot i Leszek Miller na jakiś czas wykończyli polską lewicę. Czy w postaci partii Razem rodzi się nowa lewica? Wydaje się, że ten pomysł na partię bez wyraźnego przywództwa jest jak na Polskę zbyt nowoczesny, u nas partie zawsze są wodzowskie. Dlatego Adrian Zandberg, chcąc nie chcąc, wszedł w puste miejsce i jakby wbrew sobie urósł. Teraz będą kreować go media, już ruszyła lawina, która go zasypie albo wyniesie.

Czy będziemy mieć Polskę, jakiej zawsze się baliśmy, której wizja budziła nasz lęk i obrzydzenie? To pytanie zadajemy sobie coraz częściej. Wynik wyborów jest dla wielu traumą, czasami reakcje aż mnie zaskakują. J. pisze mi zupełnie poważnie, że chce wyjechać do Australii, bo tam mało Polaków. Uważam, że w pierwszym roku rządów PiS będzie stosunkowo ostrożne i łagodne, bez rozliczeń, wielkich komisji śledczych, tylko z częściowym przejęciem mediów. Potem zacznie się przykręcanie śruby. Tak samo było w Polsce po wojnie. To wcale nie jest zbyt gruba analogia. Prezes i PiS też chcą zmienić duchowo Polskę. Stworzyć nowego Polaka, patriotę. I w gruncie rzeczy „obronić” naszą polskość i społeczność przed Europą (chociaż nie wiadomo, jak ta polskość wygląda, bo ona niepewna i niejasna), zarazem nie wychodząc z Europy. Wiedzą, że byłaby to katastrofa. To karkołomne zadanie, również dlatego, że mimo zwrotu na prawo w Europie duch czasu jest jednak liberalny. Wypchnięcie nas z głównego nurtu europejskiego to realna groźba zrobienia Polsce wielkiej, historycznej krzywdy przez prawicę. Przy okazji widać, jak nie wystarczają już dzisiaj dawne pojęcia: lewica, prawica, liberalizm, chociaż tak uparcie ich używamy.

Ciekawa wieczorna rozmowa z T., reżyserem dokumentalistą, moim kolegą od prawie zawsze. Mam wrażenie, że między nami zawsze był jakiś element rywalizacji, co przeszkadzało w bliskości. Często wyczuwam u niego żal do mnie, że go nie doceniam. „Atrakcją” był jakiś chwiejny alkoholik, który przyczepił się do mnie; musiał mnie kojarzyć z telewizji jako krytyka prawicy. Postawny, mroczny człowiek. Przez godzinę nas molestował, nie potrafiąc wysłowić, w czym jest jego żal. I zrobił nam kilka zdjęć komórką, chyba za karę. T. się wściekał i groził policją, a ja do mrocznego obcego spokojnie i po ludzku, jak do nieszczęsnego zwierza. W końcu różne moje własne nienawiści też są zwierzęce. I powoli dał się obłaskawić, był gotów nawet jeść z ręki, aż poszedł w mrok, z którego się wyłonił.

Czasami jednak brakuje mi w naszej polityce Jana Marii Rokity, chociaż tak mnie kiedyś drażnił. Zacytuję, co pisze o debatach wyborczych, o Beacie Szydło i Ewie Kopacz: „Ktoś powinien wreszcie powiedzieć, że król jest nagi i ich dialog był bełkotem. Szczególny deficyt inteligencji rzucał się w oczy przy odpowiedziach na najważniejsze pytania o najistotniejsze kwestie i zdumiał mnie brak jakiejkolwiek myśli politycznej u obu pań. Ten deficyt osobistej inteligencji. Niezdolność do sformułowania najprostszych celów politycznych – nawet w odniesieniu do tak ważnych kwestii jak drugi kryzys światowy lub stosunek do Rosji. To było zdumiewające. Czy ta zdumiewająca pustka i niezdolność biorą się z przymiotów obu pań, ich otoczenia, czy – co byłoby chyba najgorsze – z tego, że wyborcy właśnie tego oczekują?”. Okrutne to słowa, ale chyba celne, niestety.

Film „Życie Pi” widziałem kiedyś w kinie. Bajeczny i piękny, ale w całej urodzie obrazu oparty na słowie i na puencie. Widzę teraz przypadkiem w Polsacie koniec tego filmu z monologiem bohatera – to kluczowy moment całej baśni. Nagle głos lektora zagłusza słowa i reklamuje następne filmy. Okrutne i przedwczesne wybudzenie ze snu. Jak głos Wielkiego Brata. Tłumaczyli się potem, że to była pomyłka. Ale to przecież powszechna tendencja. I może tu, a nie w partiach politycznych, mieszka nasz największy wróg.

Wydanie: 46/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy