Głowa mała

Niccolo Machiavelli, wielki myśliciel, którego nauki o naturze rządzących i rządzonych przypominają mi się teraz coraz częściej, pisał: „Organizm chory nie może żyć tak samo jak organizm zdrowy, a zmianie treści odpowiadać powinna zmiana formy”.
W Polsce w ciągu minionych dni niewątpliwie zaczęła się zmiana treści. To prawda, że moment całkowicie już formalnego przystąpienia do Unii Europejskiej przysłoniły nam na razie parady, fanfary, defilady, pieśni i flagi, a więc gesty miłe, do których jednak nikt poważny nie przywiązuje większego znaczenia. Ale przecież na tym się nie skończy. Już za chwilę wejdą do nas praktycznie unijne reguły, unijne prawa, unijne obyczaje, unijne kontakty między ludźmi i na tym polega wyjątkowość tego momentu, że nie jest to tylko gest polityczny, lecz pociągnie on za sobą nieuchronnie zmianę treści naszego życia.
I w tym sensie zmiana treści, która jest już nieuchronna, wymagać będzie od nas zmiany formy. Skoro zaś Machiavelli porównywał społeczeństwo do organizmu, to wiadomo także, że w pierwszych etapach leczenia objawy chorobowe mogą stawać się bardziej widoczne, rażące, choroba broni się, wyłazi na wierzch, zanim zostanie uleczona.
To właśnie dzieje się teraz u nas.
A więc nigdy dotąd na przykład nikt nie mówił tak otwarcie i stanowczo o swojej wrogości wobec Europy i Unii, jak czynią to obecnie pan Giertych i Liga Polskich Rodzin albo Młodzież Wszechpolska, i nie wiadomo właściwie, dlaczego LPR wystawia swoich kandydatów w wyborach europejskich, zamiast budować zasieki na granicach. Tak zwane postawy antyunijne wypowiadane były dotychczas półgębkiem, były to raczej pomruki niż okrzyki czy demonstracje. Teraz widzimy je jak na dłoni, w blaskach majowego słońca.
Nigdy też, co tu ukrywać, nie widzieliśmy tak wyraźnie różnicy, jaka w kwestii integracji naszego kontynentu dzieli postawy republikańskie od stanowiska Kościoła. Kościół, jak wiemy, zarządził serię procesji i obchodów związanych z wejściem do Unii, w jednej z tych ceremonii, na polach pod Wilanowem, wziął nawet udział sam pan prezydent, ale przecież wyglądało to raczej na przygotowania do wyprawy krzyżowej na laicką, tolerancyjną Europę niż wyraz radości z powodu naszej akcesji. W tym samym duchu przemówił zresztą w Parlamencie Europejskim nasz „znak widzialny”, jak określił samego siebie Lech Wałęsa, i ktoś słusznie zauważył, że Parlament Europejski podczas całego swego istnienia nie słyszał tyle o Matce Boskiej, co za tym jednym razem.
Nie mam niestety złudzeń, że polski nacjonalizm i polski klerykalizm nie będą przez jakiś czas naszym znakiem firmowym na gruncie europejskim, wszystko na to wskazuje. Ale dobrze się stało, że właśnie z okazji naszej integracji unijnej te dwa wstydliwe objawy wyszły na wierzch, stwarzając nareszcie okazję do polemiki, której dotychczas unikaliśmy jak ognia. Lewica, zresztą od czasów znacznie dawniejszych niż nasza transformacja ustrojowa, owijała się z lubością w biało-czerwoną flagę, porzucając myśli o uniwersalizmie i wspólnym interesie ludzi ponad granicami, zaś tolerancja religijna wyznawana była przez nią w słowach, ale nie w gestach politycznych.
Korzyścią z integracji europejskiej jest więc między innymi to, że teraz od tej polemiki nie da się już uciec. Że trzeba będzie pomyśleć, czy na przykład francuskie regulacje dotyczące świeckości szkoły nie powinny i u nas oznaczać, że Lech Wałęsa powinien trzymać swoje uczucia religijne głęboko w sercu, najwyżej zaś w klapie marynarki, a prezydent powinien może nauczyć się formuły Chiraca, który swego czasu witał papieża „w imieniu Francji republikańskiej i laickiej”. Trzeba też będzie pomyśleć, czy niemiecka demonstracja w obronie praw socjalnych nie łączy się jakoś z naszym prawem pracy i służbą zdrowia, a także z już istniejącą dyrektywą unijną przeciwną podatkowi liniowemu, pogłębiającemu kontrasty społeczne.
Nacjonalizm, szowinizm są żywe także w krajach Europy Zachodniej. Nie brak ich we Francji, w Austrii, w Holandii, także w Niemczech. Póki jednak, jak dotąd, widzieliśmy je z daleka, wiedzieliśmy z pewnością, że są wobec nas wrogie. Teraz jednak stajemy przed całkiem praktycznym pytaniem, czy nasza obecność w Unii powinna je wzmacniać, czy też osłabiać?
Odpowiedzieć sobie na nie musimy tu, w Polsce, mając świadomość, że to, co mówią Haider, Le Pen czy Giertych, nie dzieje się już za górami za lasami, lecz u nas, za miedzą.
Uroczystości unijne przesłoniły także nieco inną lekcję, którą musimy pilnie przerobić. Myślę o niedawnym „warszawskim Davos”, czyli szczycie gospodarczym. Trudno jest ukryć, że impreza ta była klapą, zignorowały ją główne państwa europejskie, ciekawe zresztą dlaczego. Czy nie dlatego przypadkiem, że zobaczyły w nas hamulcowego rzeczywistej integracji europejskiej, opartej na wspólnych, także politycznych i militarnych zasadach?
Tak czy owak w ślad za tym szczytem przyjechali do Warszawy, a także wyszli u nas z różnych niszowych formacji alterglobaliści. I zrobili naszym władzom kolosalne świństwo, bo zamiast tłuc szyby, podpalać samochody i rzucać koktajle Mołotowa, na co liczyliśmy, zebrali się na jakichś seminariach i dyskusjach, a przez Warszawę przeszli krokiem tanecznym. Sfrustrowana policja rozjechała się do domów, ogłupiali sklepikarze niepotrzebnie wydali sporo pieniędzy na dyktę i styropian do zabijania szyb.
Ale o co chodziło tym ludziom?
Myślę, że zawód, jaki sprawili naszemu establishmentowi alterglobaliści, powinien nasilić ciekawość ludzi myślących. Z jednej bowiem strony, integrujemy się, a więc i globalizujemy nieodwołalnie, z drugiej zaś strony, słyszymy, że można to robić nieco inaczej, na innych zasadach, na przykład niekoniecznie akceptując fakt, że zintegrowany świat staje się własnością wielkich ponadnarodowych firm i korporacji. Albo że „pułapka globalizacji”, jak zatytułowali swoją książkę Martin i Schuman, polega na tym, że jest to „atak na demokrację i dobrobyt”, zwłaszcza krajów słabo rozwiniętych, których zasoby szybciej przepływają dzięki temu do kas wielkich globalnych metropolii.
Głowa mała, jak mówi potoczne porzekadło, aby się w tym połapać. Ale wielką szansą, jaka otwarła się przed nami 1 maja 2004 r., jest nie tylko to, że możemy od tej pory przy użyciu dowodu osobistego przejechać całą Europę, ale i to, że musi to wytrącić nas z umysłowego marazmu, złożonego z modłów i przytupów. Także modłów do Starszego Brata zza Oceanu i przytupów na europejskich szczytach i obradach.
Nie miejmy złudzeń, jest to zajęcie na lata. Machiavelli mówi: „Rzecz w tym, że jednemu człowiekowi nigdy nie starcza życia, aby zaprowadzić dobre obyczaje w państwie od dawna zepsutym”. Ale trzeba choćby podjąć tę próbę. W przeciwnym razie po co nam ta Europa?

 

Wydanie: 20/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy