Austriackie gadanie krakowskich urzędników

Austriackie gadanie krakowskich urzędników

W czasach dawno i słusznie minionych, gdy istniały dwa państwa niemieckie, oddzielone starannie strzeżoną granicą, władze NRD nie pozwalały swoim obywatelom na wyjazdy do RFN. Z ich punktu widzenia było to słuszne. Jak ktoś z NRD wyjechał do RFN, to nie bardzo chciał wracać, a jak nawet wrócił, to dokonywał niebezpiecznych porównań poziomu życia w obydwu państwach. Siał niezadowolenie i defetyzm.

Równocześnie propaganda przekonywała, że teoretycznie takie wyjazdy są jednak możliwe, a kto ma paszport, może sobie swobodnie jechać. Rzecz w tym, że w NRD, podobnie jak w tym czasie w Polsce i wszystkich „demoludach”, paszport dostawał ten tylko, komu władza chciała go dać.

W NRD krążył wtedy taki dowcip: „Czy każdy obywatel NRD może pojechać do RFN? Oczywiście, że tak. Musi jednak spełnić dwa małe warunki: musi mieć ukończony 90. rok życia i aktualną zgodę rodziców”.

To był dowcip. Smutny, ale dowcip. Tymczasem w moim Królewskim Stołecznym Mieście Krakowie rozumowanie według schematu tego dowcipu nabrało mocy urzędowej. Mało tego, obleczone zostało w uchwałę rady miasta i narzuciło urzędniczą praktykę.

Kraków, jak wszystkie duże miasta, ma problem z parkowaniem samochodów. Brakuje miejsca. Wprowadzono, bardzo słusznie, płatne strefy parkowania, obejmujące nie tylko ścisłe centrum, ale w zasadzie całe miasto. Gdy ktoś chce parkować samochód w pobliżu swojego miejsca zamieszkania, musi wykupić abonament mieszkańca. Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego. Jesteś mieszkańcem jakiejś strefy, masz prawo do abonamentu mieszkańca na jeden samochód. Rada wymyśliła jednak warunek. Aby wykupić abonament, trzeba udowodnić, że w Krakowie płaci się podatki. OK. Nie wiem, co z tymi, którzy mają dochody niskie i wolne od podatku, a mimo to posiadają samochód. Widocznie rada uważa, że ludzie o niskich dochodach nie powinni mieć samochodu. Nawet jeśli ten samochód to spadek albo dar bezdomnego, co – jak wiemy z Radia Maryja – się zdarza. Ale rada miasta idzie dalej. Do świadomości radnych dotarło, że współcześnie samochód może być nie tylko własnością mieszkańca płacącego podatek w Krakowie, ale może także być leasingowany, być własnością firmy itd. Bardzo to skomplikowane. Kiedyś albo ktoś miał konia, albo go nie miał. Słyszał kto o koniu w leasingu? Ale radni podążyli za duchem czasu.

Napisali więc w uchwale, że mieszkaniec (płacący podatki w Krakowie) może kupić sobie abonament, jeśli jest właścicielem lub współwłaścicielem samochodu albo ma samochód w leasingu. Może też kupić sobie abonament, gdy korzysta z samochodu służbowego do celów prywatnych. Ten ostatni przypadek akurat mnie dotyczy. Z samochodu mojej kancelarii korzystam tak do celów służbowych, jak i prywatnych. Przemierzam nim odległości między miejscem zamieszkania a kancelarią, między kancelarią a akademią, w której pracuję. Między sądami, prokuraturami i kryminałami w całej Polsce. W ubiegłym roku bez kłopotu nabyłem abonament. W tym roku odmówiono mi. Uchwała jest ta sama, co w tamtym roku, ale zmieniła się jej interpretacja. Oczywiście abonament postojowy mieszkańca mi się należy, ale muszę spełnić dodatkowo dwa warunki: muszę mieć umowę o pracę z własną spółką albo – jak mi w urzędzie życzliwie poradzono – zdobyć uchwałę spółki (tu urzędniczka mrugnęła znacząco okiem), że samochód jest jej własnością w 90%, a moją w 10%, wpisać to do dowodu rejestracyjnego i wtedy nie będzie problemu.

Problem w tym, że po pierwsze, jako partner spółki nie mogę z nią podpisać umowy o pracę, bo sam we własnej spółce partnerskiej zatrudnić się na umowę o pracę nie mogę (to wynika wprost z ustawy), pomijając już taki szczegół, że jako adwokat w ogóle nigdzie poza uczelnią na umowę o pracę zatrudnić się nie mogę. Co też wynika z ustawy.

Również z ustawy wynika, że jako partner spółki ex definitione jestem współwłaścicielem jej majątku, a więc tego nieszczęsnego samochodu również i to w znacznie większej części niż 10%. Urząd chce, bym był współwłaścicielem w części wynikającej z umowy spółki i jeszcze dodatkowo w 10%.

Urzędnicy miejscy, z wysokimi włącznie, chcieli mi pomóc. Tłumaczyli, że w świetle uchwały rady miasta koniecznie muszę mieć umowę o pracę z własną spółką, choć wiedzą, że z mocy ustawy to niemożliwe. No nie, Wysoka Rado Miejska i wszyscy Wysocy Urzędnicy Magistratu. Takie to wasze „austriackie gadanie”. Jak się ma ukończonych 90 lat, to teoretycznie można jeszcze mieć żyjących oboje rodziców. Ale jak się jest partnerem w spółce partnerskiej, to nawet teoretycznie nie można się w niej zatrudnić na umowę o pracę. Chcieliście tymi przepisami dyskryminować partnerów spółek partnerskich? Niby dlaczego? Może nawet nie wiedzieliście, że takie istnieją i na czym polegają? Intencje mieliście dobre, ale tak wam wyszło? O, to współczuję.

Nie załatwię tej sprawy, bo się nie da. Nie dostanę abonamentu mieszkańca. Przerzucić się na rower? Trochę jestem za stary, a poza tym boję się, że zginę na jakimś kontrpasie dla rowerów wytyczonym przez magistrat pod prąd ciasnej jednokierunkowej ulicy (to temat odrębny).

Tak sobie myślę, że nawiedzeni szlachetną ideą radni mogą czasem coś głupiego uchwalić. Ale zanim przegłosują uchwałę, może powinni dać ją do przeczytania radcy prawnemu, takiemu, który akurat zna kodeks spółek albo przypadkiem sam jest w spółce partnerskiej i wie, na czym ona polega.

Inaczej pozostaje im tylko „austriackie gadanie”. A ono nawet w Krakowie razi.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 25/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy