Misjonarze w telewizji

Tytuł „Teledelirka” robi się coraz bardziej aktualny. Teledelirium wstrząsa posadami telewizji publicznej. Potrzebne są nowe miejsca pracy dla krewnych i znajomych prawicowego królika. Reforma polega na usuwaniu tego, co dobre, i zastępowaniu czymś gorszym. Z jednej strony, znamy przysłowie „Lepsze jest wrogiem dobrego” i prawo Grashama-Kopernika: „Pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy”, z drugiej zaś, wiemy, że nic nie może wiecznie trwać. Zmiany są konieczne, ale dlaczego „na miły Bóg” i „na litość boską”, by przywołać najczęściej pojawiające się w telewizji zaklęcia, wymiatać wszystko?
Zastanawiam się, czy może być więcej Boga w telewizji, niż jest? Czy masa krytyczna została przekroczona? Ile widz jeszcze zniesie? Misja telewizji publicznej pomyliła się z misjonarstwem, nowi władcy to misjonarze. Prawdziwi misjonarze nie mają łatwego życia. Znane są dowcipy na temat gotowania ich w kotłach czy też obracania na rożnie bez panierki.
A poważnie to prawdziwy misjonarz musi być dobrze przygotowany do zawodu. Siostry misjonarki miłości, do których zaliczała się niepokorna Matka Teresa z Kalkuty, zajmują się porzuconymi dziećmi, zbierają ludzi umierających na ulicach. Misjonarze poją pragnących, karmią łaknących, a przy okazji, jakby mimochodem, nawracają na jedynie słuszną wiarę. Kiedyś nawracało się inaczej, bardziej dosadnie, dziś nie wolno tego robić zbyt nachalnie, bo wiadomo, że z niewielką pomocą tubylców można się stać męczennikiem za wiarę, a łopatologiczne metody nie służą sprawie.
Żeby zostać misjonarzem, trzeba mieć powołanie, doznać iluminacji, udać się do odpowiedniego seminarium duchownego, a potem wyjechać albo zostać zesłanym w najniebezpieczniejsze rejony świata. Misjonarze w Kościele są więc kimś w rodzaju komandosów. Zrzuca się ich, a oni muszą radzić sobie sami w dżungli, nie mogą dać się zjeść w kaszy.
Misja polega na zdobywaniu wyznawców wśród niewierzących czy też wyznających inną wiarę niż nasza. Nie używa się już terminu niewierni, dzikusy, poganie, bo też świat jest w całości zagospodarowany przez wielkie religie, ateiści stanowią nikły procent. Kościół katolicki ze swej istoty jest misyjny w całości, każde ogniwo łańcucha musi służyć do nawracania.
Obecnie misja telewizji publicznej polegać ma na nawracaniu widzów na wiarę katolicką, w którą 95% i tak wierzy, a przynajmniej tak deklaruje. Do nawracania wierzących służą programy misyjne, prowadzone przez misjonarzy, którzy twierdzą, że rozmawiać warto. Pod jednym wszakże warunkiem: że do głosu dopuszcza się tylko myślących tak samo.
Widzowie przez wiele godzin dziennie modlą się do ołtarzyka telewizyjnego. Zamiast różańca mają pilota, by ujrzeć swoje bóstwo, naciskają odpowiedni guziczek i wysłuchują religijnego posłania. Misjonarze telewizyjni także mają powołanie i doznają iluminacji. Powołują ich koledzy, karmią łaknących posad i pragnących władzy znajomych. Grzywaczewski doznał iluminacji, lecz nie przeszedł kursów seminaryjnych, by mógł stanąć jak inni do konkursu, wszedł więc metodą deus ex machina. Prezes charytatywnie podniósł koledze głodową pensję do 26 tys. zł. Miesięcznie.
Misjonarki w publicznej dobrze sobie radzą. Szefowa Jedynki, Dorota Warakomska, dokonała pogromu na Jolancie Pieńkowskiej, obsypanej wieloma nagrodami ulubienicy publiczności. W poprzednim tygodniu Pieńkowska wystąpiła jako cover girl w „Przeglądzie” i opowiadała o tym, że była w uprzywilejowanej sytuacji, bo z nią, jako gwiazdą, się rozmawiało! Inni mieli gorzej, szefostwo zajęte działalnością misyjną nie miało chwili wolnej, o wypadnięciu programu z ramówki dowiadywali się z gazet.
Zamiast Pieńkowskiej pojawiła się misjonarka średnio przygotowana, choć znająca protokół dyplomatyczny. Bywało się przecież na placówkach. Miało się koleżanki, gdy więc nadarza się okazja, należy wymienić twarze Kwiatkowskiego na twarze Warakomskiej. Jak wiadomo, szefowa Jedynki została pogromczynią kobiet, wymiatając program „Co pani na to?”. Stwierdziła wówczas, że same baby gadające o polityce to, cytuję, „gettoizacja”. Wyzwolicielka widzów z babskiego gadania nie zauważyła, że nasz ukochany program prowadził mężczyzna, uznany za jedną z twarzy Kwiatkowskiego Roberta, Andrzej, zresztą też Kwiatkowski. Musiał ponieść karę za nazwisko. Gettoizacji nigdy jej nie zapomnimy! Teraz zamiast gettoizacji – o tej samej godzinie – kilku facetów gada o polityce, tak jak Bóg przykazał. Ewentualnie może się pojawić kobietopolityk Zyta Gilowska.
Magda Środa, uczestniczka programu, obecnie minister, jeździ po kraju, spotykając się z ludźmi. Podobno na wsi kobiety z kół gospodyń lubiły ten program, identyfikowały się z występującymi. Dyskutowały. Jednak nie o takich widzów chodzi, cóż bowiem dla bywałej w świecie Warakomskiej znaczą wiejskie gospodynie! Niech siedzą i drą pierze, jak drzewiej bywało!
Warakomska jako misjonarka-reformatorka, osoba czysta jak niezapomniany radziecki koktajl Łza komsomołki, dziewiczo nietknięta i niezwiązana z reżimową telewizją Kwiatkowskiego? Toż to, panie, śmiechu warte! Przecież wlaśnie ona była twarzą publicznej, korespondentką Jedynki, potem prowadziła „Panoramę” w Dwójce.
Albo więc podawała newsy zgodnie z oczekiwaniami Kwiatkowskiego, co znaczy, że była jego „twarzą”, albo też miała wolną rękę i plotła, co chciała, a to znaczy, że nie była gnębiona, przeciwnie, była hołubiona, bo inaczej przy takiej ilości pomyłek, jakie nam serwowała, dawno musiałaby z hukiem wylecieć.

 

Wydanie: 44/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy