Wielkie oszustwo

Wielkie oszustwo

Platforma Obywatelska wygrała wybory w 2007 r. jako siła blokująca PiS, a jednocześnie obiecująca wielką modernizację. Wtedy PiS udało się zablokować, ale z modernizacją wyszło kiepsko. Dziś premier Tusk na łamach „Gazety Wyborczej” wymienia nowelizację ustawy o szkolnictwie wyższym jako jeden z sukcesów swego rządu. Czy jest się z czego cieszyć?
Na początku lat 90. uznawano, że poziom wykształcenia Polaków to znaczący wkład w budowę nowego ładu. Było to założenie oparte na myśleniu życzeniowym – wówczas tylko 7% Polaków miało wyższe wykształcenie. Od tamtej pory liczba osób z dyplomem wyższej uczelni podwoiła się, liczba studentów wzrosła kilkukrotnie, a nakłady na naukę wciąż spadają.
Minister Kudrycka podejmuje działania pozorowane – chce wprowadzić elementy kultury korporacyjnej na wyższe uczelnie, jednak bez korporacyjnych wynagrodzeń i wkładu finansowego. Nie można tworzyć nauki na poziomie światowym przy nakładach na poziomie afrykańskim.
Na początku polskiej drogi do kapitalizmu elity neoliberalne nowego porządku z Leszkiem Balcerowiczem na czele uznały, że pracownicy nauki, jeśli są zaradni, poradzą sobie – nie trzeba dawać im pieniędzy, niech sami sobie dorobią na prywatnych uczelniach. Dla neoliberałów nauka to przecież tylko kolejny towar na sprzedaż.
W ten sposób rozpoczął się wielki handel oszustwem. Najpierw obiecywano, że zdobyty dyplom otwiera drzwi do sukcesu na rynku pracy. Tysiące studentów ruszyło na podbój marketingu i zarządzania, ekonomii, informatyki i innych modnych kierunków, które miały być przepustką do kariery zawodowej i finansowej. Na polskiej prowincji biedni rodzice zbierali ostatnie grosze, żeby posłać dzieci na wyrastające jak grzyby po deszczu prywatne uczelnie i wciąż nowe kierunki na płatnych studiach zaocznych na uczelniach państwowych, tworzone sztucznie bez odpowiednich kadr. Wierzyli, że dzięki temu ich dzieciaki nie będą musiały martwić się o pracę. Obiecywano im – jak przyszłym emerytom przy wprowadzaniu prywatnych funduszy emerytalnych OFE – świetlaną przyszłość. Weryfikacja tych błędnych założeń nastąpiła dość szybko. Okazało się, że rozbudzone aspiracje finansowe można realizować, ale nie w kraju, tylko na emigracji zarobkowej za granicą, gdzie dyplom nie był potrzebny do pracy na zmywaku lub przy opiece nad dziećmi zachodniej klasy średniej.
W tym samym czasie środowiska akademickie zamiast pisać nowe artykuły, książki i angażować się w inteligenckie spory, powoli zamieniały się w wyrobników do wynajęcia, zainteresowanych nie kolekcjonowaniem nowych osiągnięć naukowych, lecz chałturzeniem w kolejnych prywatnych szkółkach. Polska inteligencja więdła i zamieniała się w bohaterską klasę średnią biorącą udział w wyścigu szczurów.
Produkcja i sprzedaż uczelnianych dyplomów miały pełne przyzwolenie kręgów rządowych. Władza była zadowolona podwójnie: po pierwsze, dlatego że nie musi dawać dodatkowych pieniędzy na badania i naukę, a po drugie, że wskaźniki scholaryzacji społeczeństwa polskiego pną się w górę i zbliżają do standardów Europy Zachodniej.
Skala oszustwa w szkołach prywatnych i na płatnych studiach na uczelniach państwowych była większa lub mniejsza. Na niektórych nie wymaga się niczego od studentów poza płaceniem czesnego, na innych zrezygnowano z ćwiczeń, pozostawiając same wykłady (zyski musiały się bilansować, a zajęcia ćwiczeniowe w małych grupach to niepotrzebna rozrzutność). Generalnie obowiązywała zasada maksymalizacji zysków i obniżania wymagań wobec studentów (żeby tylko ich nie zniechęcić i nie popychać w objęcia konkurencji).
Po sprzedaży prac licencjackich i tytułów magistrów przyszła pora na sprzedaż doktoratów – otwarto zaoczne (!) studia doktoranckie, gdzie można wyciągać więcej pieniędzy. Chętnych, którzy już zdobyli jakieś pieniądze, ale brakuje im tytułu doktora przed nazwiskiem, jest wielu. Większość nie ma pojęcia o dyscyplinie, z której pisze prace doktorskie.
Teraz, 20 lat po zmianie systemowej, elity władzy ogłaszają, że edukacyjny bum jest największym sukcesem polskiej transformacji. Jeśli popatrzymy na poziom czytelnictwa w Polsce, skalę obcowania z teatrem czy ambitniejszym kinem, poziom zaangażowania w sferę obywatelską, to wiemy, że ta rosnąca statystyka wykształcenia Polaków jest nic niewarta. Umasowienie oznacza w tym przypadku kompletny upadek wszelkich standardów szkoły wyższej. Pomogły w tym procesie jeszcze inne zmiany, m.in. likwidacja starej matury i obowiązkowych egzaminów na studia wyższe.
Prof. Stanisław Kozyr-Kowalski w ostatniej książce „Uniwersytet a rynek” pisał: „Przeludnienie uczelni zaczęło wytwarzać wciąż rosnące bezrobocie wśród posiadaczy formalnych certyfikatów wyższego wykształcenia. Pojawiła się nowa kategoria dziadów. Składa się ona z wyposażonych w skromne i wąskie kwalifikacje absolwentów przeróżnego rodzaju szkół wyższych i ponadśrednich. Muszą oni żebrać nieustannie o pracę i być traktowani przez przedsiębiorców jak żebracy. Miejsce nauki, łączącej niedostępną bez studiów wyższych specjalizację z ogólnymi kwalifikacjami, zajmuje coraz częściej wiedza, którą można porównać z umiejętnością pisania podań, CV i wywierania na pracodawcach dobrego wrażenia”. Wiara w umiejętności spycha na dalszy plan jakiekolwiek rozważania i refleksje, które wydają się bezproduktywne z punktu widzenia rynku. A uniwersytet zamienia się na naszych oczach w szkołę zawodową. Thorstein Veblen, wybitny socjolog, już dawno temu stwierdził, że wypieranie bezinteresownego poszukiwania prawdy i merytorycznej wiedzy o świecie przez naukę – służebnicę biznesu stanowi o wiele większe niebezpieczeństwo niż degradowanie nauki jako służebnicy teologii lub państwa. Czy lewica musi godzić się na propozycje Kudryckiej i traktowanie nauki jako kolejnego towaru? W żaden sposób nie powinna uczestniczyć w tym oszustwie!

Wydanie: 12/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy