Przyrost ujemny

W ostatnich dniach 1999 r. gruchnęła hiobowa wieść, że oto zaczyna ubywać Polaków i przy końcu roku jest nas o jeden tysiąc mniej, niż było na początku. Co gorsza, nie osiągniemy przewidywanej na rok 2005 liczby 40 milionów ludności, a w 2050 będzie nas 35 milionów, jedynie pod warunkiem, że wspomogą nas w tym imigranci, skuszeni pięknem i dobrobytem naszego kraju. Nie bardzo bym jednak na to liczył, mając w pamięci serdeczność, z jaką traktujemy na przykład przybyszów z Rumunii czy z Ukrainy.
Trudno powiedzieć, dlaczego tak bardzo chcemy, żeby było nas dużo. Już za wczesnego Gierka władze rzuciły hasło “dwa plus jeden”, z którego miało wynikać, że każda dwójka osób różnej płci, zabierająca się za “produkowanie” dzieci, powinna napłodzić ich tyle, aby skreślenie z ewidencji ludności rodziców pozostawiało nadwyżkę w postaci jednego dziecka. Jak wiele haseł władzy tak i to nie przez wszystkich zostało zrealizowane, ja jednak już wtedy pisałem, o co nam właściwie chodzi? Wątpiłem bowiem, czy nawet przy największym wysiłku rozrodczym zdołamy zarzucić świat swymi czapkami, a jeśli nawet tak, to po co ?
Podobne wątpliwości nurtują mnie i dzisiaj. A nawet więcej – spadek liczby Polaków gotów jestem obecnie uważać za pewien wyraz postępu w kierunku normalności. Przy końcu roku – i stulecia – wiele ośrodków na świecie opublikowało dane i prognozy demograficzne. Wynika zaś z nich, że w skali globalnej – a więc wliczając w to także Indie, Chiny i innych rekordzistów przyrostu naturalnego – stosunek narodzin do zgonów się zmniejszy. O ile więc w 1995 r. na jednego zmarłego rodziło się 2,8 dziecka, o tyle w 2025 r. urodzi się już tylko 2,3 dziecka. Niby niewielka różnica, ale zawsze o pół dziecka mniej, mimo że w tym samym czasie śmiertelność niemowląt zmniejszy się prawie o połowę.
Stanie się tak m.in. dlatego, że wbrew znanym namowom, aby spuścić się w tym względzie na wyroki Opatrzności, liczba osób stosujących środki antykoncepcyjne i zapobiegawcze z 56% w roku 1995 wzrośnie w roku 2025 do 75%. Powinna się tym martwić pani marszałek Grześkowiak, ale czy koniecznie my wszyscy?
Pośród bowiem różnych mniej lub bardziej wesołych danych, dotyczących światowych prognoz demograficznych, znajduję także i taką, że wprawdzie w 2025 r. już 61% ludzi na świecie mieszkać będzie w miastach (obecnie jest ich tam 45%), to owemu piętnastoprocentowemu przyrostowi mieszczuchów towarzyszyć będzie także dwukrotny – do 3050 milionów – wzrost liczby miejskich nędzarzy i ponad dwukrotny – z 810 do 2100 milionów – wzrost liczby mieszkańców slumsów. Bezrobocie zaś wzrośnie ze 100 do 200 milionów.
Znaczy to po prostu, że mimo różnych radosnych zapowiedzi ludzkość w ciągu nadchodzącego ćwierćwiecza nie poradzi sobie z problemem głodu, bezrobocia, bezdomności. Co więcej, na zapowiadanym obecnie rozwoju zyskiwać będą wcale nie ci, których będzie więcej, lecz ci, którzy już dziś są bogatsi, lepiej wykształceni, bardziej cywilizowani. Którzy mają mniej dzieci, ale za to mogą je wykształcić i przygotować do życia. Oprócz wszystkich bowiem innych prognoz wisi nad nami i ta, całkiem złowieszcza, że w nadchodzącej przyszłości po prostu tylko 20% ludzkości okaże się potrzebne i produktywne, podczas gdy 80% trzeba będzie spisać na straty. Po czym udać się na koktajl. Tak właśnie, jak postąpili po ogłoszeniu tej wizji główni planiści globalnej polityki neoliberalnej na słynnym spotkaniu w Los Angeles przed kilkoma laty.
Głównym argumentem, jakim posługują się ci, którzy skłonni są rozpaczać z powodu spadku przyrostu naturalnego, jest tzw. starzenie się populacji ludzkiej, co znaczy, że w nadchodzącym świecie coraz więcej będzie ludzi starszych, a coraz mniej ludzi młodych. Błąd jednak tego rozumowania polega na tym, że człowieka starszego nadal kojarzy się z niedołężnym ramolem, a młodego z dziarskością i werwą. Demografowie twierdzą jednak, że średnia długość życia, która obecnie wynosi globalnie 25 lat, w roku 2025 podniesie się do 31, a tzw. “life expectances”, czyli wiek, którego każdy z nas może spodziewać się dożyć, podniesie się z obecnych 65,4 lat do 84,9 w roku 2200 i cały dowcip polega tylko na tym, jak dożyć tego 2200 roku.
Czy oznacza to jednak, że nadchodząca przyszłość przyniesie ze sobą nasiloną produkcję ramoli? Niekoniecznie. Przedłużanie się wieku nie oznacza bowiem wcale mnożenia się osobników zdolnych zachować przez dłuższy niż dotąd czas zdolność trawienia i wydalania, ale przedłużanie się życia ludzi zdrowych fizycznie i sprawnych umysłowo. W przeciwnym razie wszystko to nie miałoby sensu.
I w tym miejscu od prognoz demograficznych przejść już możemy do rzeczywistości. Obecnie w naszym kraju, który tak boi się zestarzeć, osoba około pięćdziesiątki nawet najbardziej fachowa drży przed utratą pracy, ponieważ innej już nie dostanie. Metryka przekreśla zbierane przez lata wiedzę i doświadczenie, nawet kiedy zdrowie i sprawność są bez zarzutu. Z kolei zaś młodzież się starzeje i musi się starzeć, ponieważ aby odegrać jakąkolwiek rolę na wymagającym coraz więcej wiedzy i kwalifikacji rynku pracy, trzeba się dłużej uczyć. Naprawdę młodzi muszą być koniecznie bokserzy, piłkarze i modelki, których kariera zaczyna się obecnie w wieku lat kilkunastu. Ale ile potrzeba nam modelek?
Mówi się też, że starszy wiek pozbawia ludzi elastyczności umysłowej, a więc zdolności błyskawicznego dostosowywania się do nowego. Jeśli nawet jest to prawda, pozostaje pytanie, czy naprawdę warto zabiegać o tę “elastyczność umysłową”? Co do mnie, często myślę, że na zdrowie wyszłoby nam raczej trzymanie się kilku, choćby starych zasad, niż gonitwa za każdym nowym głupstwem.
Wielokrotne doświadczenia prowadzone na szczurach wykazały, że jeśli trzyma się je w głodzie i stresie, rozmnażają się znacznie szybciej w obawie przed wyginięciem zagrożonego gatunku. Z opublikowanych danych demograficznych wynika po prostu, że Polacy przestali czuć się zagrożonym gatunkiem. Nie jest to powód do rozpaczy.
KTT

Wydanie: 2/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy