Ordery za dzielność

Ordery za dzielność

Pan prezydent docenił dzielność i odwagę rycerzy IPN i odznaczył ich. W sumie kilkunastu.
W polskiej tradycji orderem nagradza się zawsze jakąś cnotę. Nie przypadkiem najwyższe polskie odznaczenie wojenne nazywa się Krzyżem Virtuti Militari – czyli „cnocie wojennej”.
Jaką to więc cnotę obywatelską nagrodził pan prezydent, wieszając ordery na szyjach bądź piersiach panów Kurtyki, Żaryna czy Gontarczyka? Okazuje się, że cnotą stało się sianie nienawiści, rozsiewanie insynuacji, opluwanie dwóch demokratycznie wybranych prezydentów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Przy czym przyznać trzeba, że opluwanie Aleksandra Kwaśniewskiego ma charakter jedynie incydentalny, dokonywane jest od czasu do czasu, zawsze jednak wówczas, gdy eksprezydent powie coś nieprzychylnego o IPN. Opluwanie Lecha Wałęsy jest systematyczne i ma już postać obsesyjną. W tej ostatniej kategorii zasłużył się niejaki Gontarczyk, współautor pseudonaukowej książki tropiącej agenturalne związki Lecha Wałęsy.
Skoro za współautorstwo tej książki p. Gontarczyk dostał krzyż oficerski Orderu Odrodzenia Polski, to na jaki order zasłużyli magister Zyzak i jego promotor prof. Nowak? Czy Order Orła Białego to nie będzie za mało? Przecież Zyzak ze swym promotorem ustalili rzeczy dotąd ziejące białymi plamami na kartach historii, których nie odkryli nawet odznaczony Gontarczyk z nieodznaczonym (?) Cenckiewiczem. Czyż bowiem można zrozumieć bieg historii, jeśli nie rozstrzygnie się tak doniosłych faktów historycznych jak to, czy narodowy bohater jako dziecko sikał do kropielnicy, czy nie sikał, albo czy poszedł w młodości z jakąś dziewuchą na siano, czy nie poszedł? Czyż bez rozstrzygnięcia tych doniosłych hipotez badawczych można zrozumieć do końca sens wielkiego ruchu „Solidarności” i istotę polskich przemian? Zyzak z Nowakiem nie byliby w stanie. Idą więc w historię głębiej niż ich bohater ongiś w siano. Tak więc działając pod opieką naukową prof. Nowaka, ruszył magistrant Zyzak zbierać plotki w rodzinnych stronach Lecha Wałęsy.
Zebrał, co zebrał, wszystko starannie opisał na kilkuset stronach, co wzbudziło zachwyt promotora, który odczytał w tym szczery zapał do pracy i historyczną pasję magistranta, choć szczerze mówiąc, raczej świadczyło to o maniakalnym podejściu do tematu, a takie z góry wyklucza wszelki obiektywizm, tak badaniom historycznym potrzebny. Musiał magistrant Zyzak swymi odkryciami utrafić w oczekiwania promotora, skoro ten pospieszył z wydaniem mu pracy magisterskiej drukiem.
Zadziwiła się cała Polska, jakież to prace magisterskie piszą teraz historycy na Uniwersytecie Jagiellońskim, jak doniosłe hipotezy badawcze weryfikują i jakimi metodami to robią. Min. Kudrycka zareagowała na to tak, że zleciła kontrolę wydziału historycznego UJ przez Państwową Komisję Akredytacyjną (tzw. PAKA). Niby miała prawo to zrobić, kontroli dokonywać miało ciało złożone z naukowców, nie ministerialnych urzędasów, jak wydawało się niektórym. Jarosław Kaczyński w zleceniu kontroli dopatrzył się kolejnego niebywałego zamachu na demokrację i wolność nauki. Zaczęło wyglądać na to, że Platformie z politycznego punktu widzenia może się to nie opłacić, więc premier mgr Tusk kazał prof. Kudryckiej odwołać kontrolę. Ośmieszona przez premiera min. Kudrycka jakoś to przeżyła i do dymisji się nie podała. Platforma notowania poprawiła, historycy na UJ odetchnęli z ulgą. Nadal mogą lustrować się wzajemnie, lustrować byłych rektorów, weryfikować doniosłe hipotezy naukowe typu sikał czy nie sikał i czekać, aż ich trud będzie nagrodzony stosownym orderem. Miała w swych kilkusetletnich dziejach krakowska Alma Mater okresy dobre, gorsze i całkiem złe. Miała znakomitych historyków i takich na poziomie badań sikania do kropielnicy. Przeżyje i to. Przyjdą znów może kiedyś dla krakowskich historyków lata tłuste.
Przyznając wysokie odznaczenia historykom IPN, co to wśród historyków stanowią klasę odrębną – co tam odrębną klasę, swoisty zakon rycerski – pan prezydent wskazał, jaki kierunek badań i dociekań historycznych akceptuje. Zachęcony tym, umocniony i ubogacony rycerz Żaryn (komandor Orderu Odrodzenia Polski) tym śmielej sobie zaczął poczynać i publicznie zakwestionował niegdysiejszą decyzję IPN, przyznającą Lechowi Wałęsie status pokrzywdzonego. Tym razem przesadził, co zdenerwowało samego wielkiego mistrza Kurtykę (komandora z gwiazdą). Zdenerwowało tak dalece, że odwołał Żaryna z funkcji szefa Biura Edukacji Publicznej IPN.
Kurtyka, niewątpliwie mądrzejszy od Żaryna, zdaje sobie sprawę, że taka wypowiedź w czasie, gdy trwa dyskusja, co zrobić z IPN, gdy nawet premier Tusk zaczyna tracić cierpliwość, może jedynie instytutowi zaszkodzić. Dziś IPN i sam Kurtyka mają poparcie w PiS, ale także w konserwatywnej i jaskiniowo antykomunistycznej części Platformy. Kurtyka obawia się przeto, że przez kolejne głupie wypowiedzi, jak ta Żaryna, może stracić nawet to poparcie, a wówczas jego los jako prezesa i los samej instytucji może okazać się przesądzony. Stąd taka reakcja na wypowiedź Żaryna. Nie chodzi o to, co Żaryn powiedział, ale o to, że powiedział w niewłaściwym momencie.
I tak przyszło biednemu Żarynowi: jednego dnia order, drugiego za to samo kopniak.
Mówi się złośliwie, że Instytut Pamięci Narodowej ratuje tonącą politykę historyczną braci Kaczyńskich, w związku z czym należało jego pracowników odznaczyć „medalem za ratowanie tonących”. Dostali inne odznaczenia. Cnota została nagrodzona.
Na koniec jedna uwaga optymistyczna. Wprawdzie w polityce polskiej nazwa „gwóźdź” jest zarezerwowana dla małego dyktafonu, ale nie jestem pewien, czy ordery nadane przez prezydenta na złość premierowi nie będą gwoździami do trumny IPN. Trumna już jest. Została po gen. Sikorskim w katowickim oddziale IPN. Może godnie ją wykorzystać do pogrzebu instytutu?

Wydanie: 15/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy