Substytut szubienicy

Substytut szubienicy

Medialni księża mówią, że Kościołowi trudno poradzić sobie z takimi przypadkami jak sprawa ks. prof. Michała Czajkowskiego (nb. bardzo to sympatyczny, inteligentny i mądry człowiek), bo nigdy nie było w Polsce takiego „trudnego” problemu jak lustracja. To nieprawda, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Przecież obecnie lustruje się m.in. tych, którzy lustrowali po 1944 roku. Zainteresował mnie jednak historyczny przykład bardziej przypominający istotę tego, co się obecnie dzieje, mimo że dużo starszy. Nie należy dać się wprowadzić w błąd różnicą dat, odmiennością kostiumów i akcesoriów. W historii istnieje wymiar ciągłej zmienności niepowtarzalnych zdarzeń oraz wymiar powtórek. Syntetyczny opis tyranii, jaki Arystoteles dał w swojej „Polityce”, przylega także do współczesnych dyktatur i totalizmów; jak zmienia się język pod wpływem wojny domowej, doskonale przedstawił Tukidydes i jego opis jest ciągle aktualny; co Spinoza napisał o moralnych skutkach rozciągnięcia władzy na ludzkie umysły, równie dobrze odnosiło się do tyranii religijnej w jego czasach, jak do rządów ideologicznych w naszych.
Tropienie tajnych agentów wrogiej władzy i karanie ich w sposób w danych warunkach dostępny było składnikiem również polskich powstań narodowych. O tych powstaniach ciągle się mówi, ale nie mówi się wszystkiego. Nie były to wydarzenia jednowymiarowe. Powstania i poprzedzające je konspiracje przyciągały ludzi bardzo idealistycznie usposobionych i w tym sensie najlepszych, oraz szumowiny, dla których nie było miejsca w ustabilizowanym społeczeństwie i które tylko czekały na „patriotyczny” immunitet, który dawałby im bezkarność, a nawet przynosił chwałę za robienie tego, do czego miały naturalną skłonność. Spośród szumowin rekrutowały się komanda tzw. sztyletników, dosłownie mówiąc morderców, działających w czasie powstania styczniowego. Właściwe powstanie robili ludzie niezmiernie ofiarni, patriotyczni, bohaterscy, niemal święci. Jednym z nich i może najwybitniejszym był Romuald Traugutt, którego Kościół chciał uczynić błogosławionym, ale proces beatyfikacyjny został wstrzymany. O ile wiem, przyczyną wstrzymania było odnalezienie dowodów, że Traugutt, jako dyktator powstania, podpisywał wyroki śmierci (na rodaków oczywiście). Te wyroki wykonywali owi kaci, zwani sztyletnikami. Tak więc to, co w powstaniu było najszlachetniejsze, miało zapewnione usługi tego, co było najpodlejsze. Cofnijmy się do powstania listopadowego. Rosjanie zostali od razu wyparci z Warszawy i powstanie zamieniło się w regularną wojnę. O tej wojnie uczą w szkołach i każdy słyszał o bitwie w Olszynce Grochowskiej, pod Stoczkiem, gdzie armaty zdobywała wiara, pod Iganiami, także o wyprawie Dwernickiego, o bohaterskim generale Sowińskim, który zginął na szańcach Woli, i wielu innych wydarzeniach o podobnej wymowie. Mało kto zaś zastanawia się nad tym, co się działo w Warszawie przez te 10 miesięcy, kiedy była wolna. Otóż w Warszawie od pierwszych dni powstania aż do samego końca trwała lustracja, wykrywanie tajnych agentów upadłego rządu Królestwa Polskiego. Główny ideolog powstania należący do radykalnego nurtu będzie pisał o tym na emigracji: „Szpiegi były przedmiotem powszechnej odrazy, powszechnych rozmów, powszechnej bojaźni przez lat kilkanaście w Warszawie… Gdy wojska moskiewskie ustąpiły z Polski, to obrzydzenie, ta nienawiść obróciły się w uczucie zemsty… Policję tajną, ten fatalny remanent przeszłego rządu uważano w Warszawie za domowego nieprzyjaciela. Bruk rewolucyjny koniecznie takiej krwi potrzebuje, aby kamienie jego na swym miejscu uleżały. Rewolucja w Warszawie bez szubienicy dla szpiegów, bez rusztowania dla narzędzi obcego despotyzmu jest rzeczą dla pewnej klasy mieszkańców tego miasta niepojętą”. Tego nastawienia ludu warszawskiego nie podzielali ani arystokraci, ani liberałowie, ani grupa, która powstanie wywołała i mu przewodziła. Arystokraci, konserwatyści twierdzili, że „zemsta byłaby nieszlachetna”, liberałowie argumentowali, że nie wolno karać za czyny, które nie były prawnie zabronione. Powstańcy „Belwederczycy”, wojskowi nie widzieli sensu w zajmowaniu się agentami policji, której już nie było. Dla masy ludności jednak był to problem najważniejszy, a może jedyny zrozumiały temat „polityczny”. We wszystkim, co było niepowodzeniem, widziano skutek działania niewykrytych albo nieukaranych agentów. Oskarżenia kierowano na oślep, a rząd powstańczy, sam zagrożony ze strony motłochu, ustępował i zapełniał więzienia przeważnie niewinnymi ludźmi. Nie wytaczano im procesów, bo nie było dowodów winy. Jednego generała (Jankowskiego) oskarżono na bardzo słabej podstawie, a drugiego (Bukowskiego) już w oparciu o pewny fakt, że był szwagrem pierwszego. Nacisk motłochu narastał i wreszcie doszło 15 i 16 sierpnia, gdy wojska rosyjskie już okrążały Warszawę, do masakry rzekomych zdrajców i agentów, wywleczonych z więzienia. Ciekawe, że tłum starannie oddzielił zbrodniarzy pospolitych i tym nie zrobił żadnej krzywdy. Niepopularny generał Hurtig został zamordowany, ponieważ mieszkał na ulicy Świętojerskiej nieopodal odlewni armat, które miały wady i psuły się, co wytłumaczono sobie tajemnym wpływem generała. Tłum powiesił, pastwiąc się przy tym, trzydzieści kilka osób, w tym czterech polskich generałów, paru urzędników, a najwięcej Żydów, z góry uznawanych za agentów Rosji. Co z tego wynika? Powinniśmy się cieszyć, że nie toczy się żadna wojna, że dzięki pokojowi obyczaje złagodniały, że nauki papieża Polaka rozpowszechniły miłość między Polakami, a kardynał Dziwisz nie przestaje się modlić za nas. Gdyby nie to wszystko, taki pan Filosek z Nowej Huty, który szpiegował „Solidarność”, zostałby zwyczajnie powieszony. Tymczasem skończyło się na tym, że działacze „Solidarności” doprowadzili go tylko do publicznego pokajania się, popłakania się i wyznania, że „poczuł ulgę, gdy publicznie przyznał się do donosicielstwa”.
„Solidarność” była ruchem powstańczym, któremu gen. Jaruzelski sprzątnął powstanie sprzed nosa. Z tego jednak, co dla pewnej kategorii ludzi w powstaniach najbardziej atrakcyjne, „Solidarność” nigdy nie zrezygnuje.

Słowne rękoczyny. Słynny ze swoich słownych rękoczynów senator Niesiołowski wygłosił nader zwięzłą mowę przeciw braciom Kaczyńskim, w której jednemu wytknął, że przyswajał sobie nauki Lenina, gdy trzeba było burzyć jego pomniki, a drugiemu zarzucił, że pod niejednym względem i nawet z wyglądu jest podobny do Gomułki. Zdaniem mówcy, Giertych to nowy Moczar, a Lepper to generał Gazrurka. Nastąpiła, twierdził senator, recydywa komunizmu oraz PRL-u, a politykę PiS-u nazwał gomułkowszczyzną. Na gruncie kryterium prawdy obowiązującego w Platformie Obywatelskiej oraz w Prawie i Sprawiedliwości (Kaczyńscy każdemu przeciwnikowi też zarzucają PRL i komunizm) wypowiedź senatora jest czystą prawdą. W ten sam sposób prawdziwa jest wypowiedź (w „Dzienniku”) senatora też z PO, Jarosława Gowina, który z senatorską powagą obwieszcza swoje „przykre odkrycie”, że „znaczna część postsolidarnościowej klasy politycznej została – na bardzo różne sposoby – zainfekowana chorobą postkomunizmu”. Tym samym kryterium prawdy posłużył się przewodniczący PO, Donald Tusk, informując zebranych, że komuniści za pieniądze KGB zbudowali (?) swoją partię. Za tę czystą prawdę, nie mniej prawdziwą niż podobieństwo Kaczyńskiego do Gomułki, otrzymał huczne brawa. Trzy lata rządów PiS-u z ich Moczarem i Gazrurką da się jakoś przetrzymać, ale gdy po nich do władzy dojdzie Platforma Obywatelska ze swoim kryterium prawdy, może nam się wszystkiego odechcieć. Cokolwiek będzie wtedy ta Platforma robić, będzie się to nazywało walką z komunizmem i PRL-em.

 

Wydanie: 22/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy