Przestroga dla Polski

Należę do nielicznego, jednakże istniejącego grona ludzi, którym mocno dokucza świadomość tego, iż ponoszą pełną odpowiedzialność za trudny – a bywa że i tragiczny – los olbrzymiej rzeszy ludzi pozbawionych za sprawą transformacji ustrojowej pracy i względnego dobrobytu, jakim cieszyli się wcześniej, za czasów tak zwanego ustroju socjalistycznego.
Nie kierowałem w ubiegłych latach żadną istotną zmianą ustrojową, przeto poczuwam się do owej odpowiedzialności raczej z powodu zaniechania niż za czynności sprawcze. Coś tam wprawdzie pisałem i mówiłem o szkodliwości „reformy przez ruinę” lansowanej przez liberalne koła ekonomiczne, ale teraz widzę, że należało protestować znacznie bezwzględniej, głośniej – może nawet brutalniej. Położyć się np. na schodach w Sejmie i demonstrować głodem przeciw zbrodniczej likwidacji PGR-ów. Długo można wyliczać niezrealizowane sposoby walki z absurdami, w które wpędzali nasz kraj źle przygotowani do funkcji, jakie im zostały powierzone, dopuszczeni do władzy – jak się okazało, całkiem bezzasadnie – pożal się Panie Boże „ekonomiści”. Wszak to ich naturalnym obowiązkiem było przewidzieć konsekwencje sposobu dokonywania przemian i lojalnie uprzedzić resztę świeżo upieczonych przywódców politycznych kraju, do czego te popierane działania muszą doprowadzić.
Tak zwani ekonomiści, z tytułami naukowymi, mieli wtłoczone do głowy dogmaty liberalnej koncepcji gospodarczej i realizowali je w praktyce, zupełnie nie zwracając uwagi, co się w kraju dzieje z gospodarką na pewno ułomną, lecz zdolną do wykarmienia olbrzymiej masy pracowników dzisiaj dotkniętej biedą i równie strasznym poniżeniem bezrobocia.
Przychodzą, do mnie teraz ludzie pozbawieni pracy, pokazują dyplomy i pytają, po co kształcili się z olbrzymim nieraz trudem w kilku specjalnościach, by teraz w żadnej z nich nie móc dostać choćby najmarniej płatnej pracy. Dlaczego – warczą groźnie – wyrzuciliśmy ich, my, politycy, na margines życia, na śmietniki, by tam musieli zbierać złom i co tylko da się sprzedać na chleb dla dzieci.
Wszyscy – za Samoobroną – oskarżają Balcerowicza, o którym można nieco żartobliwie powiedzieć, że jest naturalnym celem wszelkich demagogicznych ataków. Na pewno ponosi on, jak my wszyscy, ludzie wyniesieni na górę przez „Solidarność”, sporą część winy za te zmarnowane lata poświęcone przez moich rozmówców na zdobycie wysokich kwalifikacji zawodowych. To nie jest jednak odpowiedzialność za nieuczciwość w działaniu. Nie odważyłbym się wysunąć takiego zarzutu, choć stawiam równie dotkliwy. Prawie nikt z polskich ekonomistów (a już na pewno nie były aktywista PZPR) nie był przygotowany do pracy wyznaczonej mu przez los. Kiedyś wiedziałem, teraz nie pamiętam, kto wskazał Tadeuszowi Mazowieckiemu osobę profesora Balcerowicza na stanowisko ministra finansów, a tym samym na ojca transformacji.
Był we Lwowie emerytowany rotmistrz armii austriackiej, Dulęba. Wygarnął on kiedyś dobrze sobie znanemu innemu kawalerzyście, Wieniawie: „Ja do pana generała nie mam pretensji, ale tego, kto mianował pana porucznikiem, kazałbym rozstrzelać”. Cenię Mazowieckiego, ongiś optowałem za jego prezydenturą, lecz nie sądzę, by miał kwalifikacje na dobieranie ludzi do władzy. Piekło nie kółko – trzeba powtórzyć za Gombrowiczem. Musimy się znowu cofnąć. Mazowiecki stał się premierem ze wskazania Lecha Wałęsy. Więc to jego należałoby pod mur?
Nikogo. Wolność spadła na nas całkiem nieoczekiwanie, gdyż nikt na całym świecie nie był zdolny pomyśleć, że nieboszczka komuna rozpadnie się prawie z dnia na dzień. Szykowaliśmy się wszyscy na panamickiewiczowe „ja z synowcem na czele i jakoś to będzie”. Polska solidarnościowa miała znakomitą kadrę rewolucyjną. Bujak, Frasyniuk, Michnik, Kuroń – same asy robotniczego oraz inteligenckiego chowu i ani jednej głowy do interesów, ani jednej głowy do perspektywicznego myślenia o przyszłości kształtowanej nie przez dogmaty, lecz zwyczajnie dobrej dla ludzi.
Zasadniczy błąd polegał na uznaniu przez kadrę odpowiedzialną za ekonomię, że gospodarka planowa, nie rynkowa, jest nic nie warta, to też gdy nadeszły nowe czasy nikt nie ochronił granic przed importem w znacznej mierze przemytniczym – tkanin i odzieży, a w ślad za tym padł nasz tradycyjny gigantyczny przemysł włókienniczy; padły dobre fabryki telewizorów i radioaparatów pokonane przez azjatycko-kapitalistyczną konkurencję, padły… padły… padły… godzinami można wyliczać „dobrodziejstwa” wolnego rynku wprowadzonego bez sensu i bez przygotowania kraju na taką przemianę. Zwyciężył dogmat o wyższości gospodarki wolnorynkowej nad socjalistyczną
i pokonał nie tylko setki pracujących wydajnie fabryk, pokonał ludzi upokorzonych teraz biedą i poniżeniem bezrobocia.
Już drugi raz powtarzam te słowa o poniżeniu, gdyż sądzę, że gdzieś w tym rejonie znaczeniowym znaleźć można tę podatność polskich „mas pracujących” na populistyczną demagogię, która tylko patrzeć, jak w śmiertelnym uścisku pokona demokrację.
Myśli też, że jakąś rolę w doznaniu klaski odegrała także pazerność na władzę Lecha Wałęsy i nie tylko jego. Lech chciał być kimś w rodzaju Gomułki, tyle że umiłowanego przez społeczeństwo. Wielu ludzi próbowało go nieco wyedukować. Był niestety nieprzemakalny. To jedno wiedziałem na pewno i dlatego odmówiłem mu przyjęcia funkcji szefa jego kancelarii. Byłem uprzednio przez długi czas członkiem władz krajowych i regionalnych NSZZ „Solidarność”. Wiedziałem, że jeszcze przed upadkiem „komuny” zwyciężył w naszych szeregach gigantyczny apetyt na władzę. Na pierwszym zjeździe związku, w hali sopockiej Olivii, przeniesiono pewnego dnia stół, przy którym pracował sekretariat, gdzieś za podwyższenie, na jakim urzędowało prezydium. Spytałem, dlaczego. „Nie mogą urzędnicy siedzieć przed tymi, co są wybrani do władz”, usłyszałem w odpowiedzi. Już wszystko wiedziałem, co będzie dalej. Pojawiła się wtedy przestroga dla Polski. Nikt z niej nie skorzystał.

16 stycznia 2003 r.

 

Wydanie: 5/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy