Jeszcze o Rosji

Proszę się nie dziwić, że ten felieton ma tę samą datę co poprzedni, ale muszę znowu iść do szpitala i nie wiem, czy i kiedy stamtąd wrócę, chcę przeto dokończyć moje refleksje na temat Rosji, przerwane na widok prawicowych pajaców wygłupiających się pod willą prezydenta Jaruzelskiego, co wymagało potępienia, jak każdy idiotyzm.
Pisałem przed dwoma tygodniami o wyborach w Rosji, na których obserwację byłem wydelegowany przez Radę Europy, ale sama Rosja jako taka jest ciekawsza i moja reporterska dusza płakała, że nie mogę tam zostać dłużej.
Zachwyciłem się Petersburgiem. Przy wjeździe do miasta olbrzymi napis „Sankpeterburg”, a pod nim nieco mniejszymi literami uzupełnienie nazwy „Gorod Gieroj – Leningrad”. Te trzy słowa pojawiają się w mieście w kilku miejscach, dość dziwnych. Np. na dachu potężnego biurowca. Co w tym jest ważnego? Krąży w Rosji taki dowcip o Chruszczowie. Pytają go znajomi: „Co to za order nosicie, towarzyszu?”. „Za obronę Wołgogradu”, powiada Chruszczow. „To ciekawe – mówią znajomi- a kto wam to dał?” „Jak to kto – obrusza się Chruszczow – sam towarzysz Wołgow”.
Petersbursko-leningradzki napis likwiduje problem towarzysza Wołgowa. To tylko naszym błazenkom politycznym wydaje się, że historia jest całkowicie plastyczna i poddaje się bez oporu korektom głupców. Tysiące ludzi broniło miasta, tysiące poległo w obronie Leningradu – i to musi być uszanowane. Towarzysz Wołgow to ponura przestroga dla poprawiaczy historii.
Znalazłem kilka godzin wolnych od moich wyborczych obowiązków i zwiedziłem ponownie i pobieżnie Ermitaż i całe to arcypiękne historyczne centrum nad Newą.
Odnowione, wyświeżone z okazji trzechsetletniej rocznicy założenia wygląda majestatycznie i pięknie. Niestety, po bokach jest znacznie gorzej, a już całkiem źle dzieje się w szkołach na peryferiach miasta, gdzie odwiedziłem 13 lokali komisji wyborczych. Jak już pisałem, ani złego słowa nie można powiedzieć o przebiegu głosowania. Natomiast smutny był widok samych lokali wyborczych. Te podmiejskie szkoły są w fatalnym stanie. Bardzo zniszczone, a już sanitariaty to jedna przepotężna zgroza. To nie tylko brud, ale i techniczne zaniedbanie. Podobnie lokale wyborcze, czyli rodzaj świetlic w sercu szkoły. Podłogi wyłożone odpadającymi płytkami PCV, podobnie ściany. Schody, korytarze też w złym stanie. Ponoć całe wnętrza ogromnych bloków mieszkalnych, budowanych zaledwie 25 lat temu, tak wyglądają. Same osiedla dobrze zaplanowane. Dużo drzew, krzewów, sporo przestrzeni między blokami. Tylko to rozpaczliwe zaniedbanie. Można powiedzieć: znamy to, znamy. Nie lepiej bywa u nas na terenie ogromnych bokowisk. Zmienił się też wygląd ulicy. Jest raczej dobrze ubrana. Nie tyle pęknie, co dostatnio. Sprawnie działa komunikacja miejska. Na Newskim Prospekcie, jednej z najważniejszych ulic XIX-wiecznej Europy, wspaniałe sklepy pełne wszelkiego dobra. Ceny wysokie, ale i jakość tego, co sprzedają, wcale niezła. Dużo rzeczy z importu. Wszystkie znane i wielkie firmy światowe są już obecne na rosyjskim rynku handlowym, co w jakiś sposób zaciera dawne i ciekawe piętno swojskiej rosyjskości.
Sporo czasu spędziłem na lotnisku w Szeremietiewie. Widzi się tam przyjezdnych z całej ogromnej Rosji. W większości są to ludzie dostatnio ubrani i, jak mówią, dostatnio tam żyjący. Mój współobserwator wyborczy, poseł Klich, któremu trafił się syberyjski Swierdłowsk, chyba teraz znowu Jekaterynburg, był zdumiony nie tylko tempem inwestycji, jakie tam mógł zobaczyć, ale i jakością budownictwa powstającego już zupełnie inaczej niż te moje nieszczęsne bloki na peryferiach Petersburga.
Natomiast śmieszy mnie, jako bywalca tamtych stron od kilkudziesięciu lat, stale powtarzane w Polsce i w reszcie Europy ubolewanie, że z demokracją w Rosji nie jest dobrze. Niestety, rozwój ekonomiczny, techniczny i naukowy nie muszą bezpośrednio się łączyć z pełną demokratyzacją ustroju. Rosja przekroczyła pewną barierę technologiczną, wypuszczając w kosmos pierwszy sputnik z Łajką, w czasach pełnej dyktatury. Pamiętam zgorszenie prof. Infelda, znakomitego fizyka łączonego naukowo z Einsteinem, który udzielał mi wywiadu po tym sowieckim sukcesie. „Panie – mówił mi Infeld – byłem w tej Dubnej. Papieru klozetowego nie mają, a sputników im się zachciewa”.
Można przytoczyć bardziej drastyczne przykłady. Co miały wspólnego z demokracją kolonialne rządy Anglików w Afryce i w Azji, zakończone tragiczną wojną domową w Indiach? Jeszcze drastyczniejszych przykładów można się doszukać w całkiem współczesnych dziejach Ameryki Północnej. Gdy 40 lat temu po raz pierwszy zwiedzałem autobusem ten kraj, Murzyni jadący z nami w tym samym pojeździe musieli na stacjach jadać w odrębnych lokalach niż my, biali. Nikt tego nie kwestionował. Był to naturalny odruch podróżnych. Każdy zna swoje miejsce wyznaczone przez obyczaj i prawo w niektórych stanach. Co miało wspólnego z demokracją to trwające nieskończenie długo upośledzenie praw Murzynów i upodlanie systematycznie ich godności? Czy ktoś u nas ubolewał nad stanem demokracji w Ameryce? Nie pamiętam. Wręcz przeciwnie. Demokracja amerykańska była nam, młodym, prezentowana jako pewien wzór. I to tak jest. Pomiędzy demokratycznością ustroju a rozwojem techniczno-naukowo-gospodarczym istnieje niewątpliwie pewien związek, ale nawet wielkie braki demokracji nie wykluczają ogromnego rozwoju, vide: Niemcy Hitlera. Myślę, że Rosja dorobi się także swojej demokracji. Wszak kiedyś, np. jeszcze za carów, miała wspaniałe sądownictwo. Tymczasem my, biedacy Polacy, dorobiliśmy się własnej demokracji, a sądownictwo mamy w nieustającym upadku. Na Rosję trzeba uważnie patrzeć, obserwować różne przekształcenia i bardzo powściągliwie przymierzać do zachodzących tam zmian jakieś szablonowe miarki.

14 grudnia 2003 r.

 

Wydanie: 2/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy