Kukiełka zwana lalką polską

Marionetka to według „Wielkiej encyklopedii PWN”, lalka poruszana za pomocą drutów albo nitek przez animatora stojącego na pomoście nad sceną. W Polsce była mało popularna, raczej podobały się kukiełki. Kukiełka, zwana lalką polską, była prowadzona przez lalkarza od dołu na jednym drążku, wyróżniała się zamachowymi ruchami kończyn; używano jej głównie w szopkach. Lalki były różnego wzrostu, od 15 cm do półtora metra w porywach.
Kukiełkowych teatrzyków było wiele, ale takiego wielkiego, jaki mamy teraz – jeszcze nigdy. Teatrzyk mój widzę ogromny! – wołałby dziś wieszcz, patrząc na biały, okrągły gmach przy Wiejskiej. Scena, na której występują lalki polskie, wyposażona jest w miejsce najwyższe, zarezerwowane dla marszałka, niżej znajduje się mównica.
Miejsca te są zasłonięte w taki sposób, żeby nie było widać nóżek kukiełek wstępujących na mównicę w celu wygłoszenia kukiełkowego oświadczenia, zgłoszenia wniosku lub też zaprezentowania kolejnej ustawy. Chodzi nie tylko o to, by ukryć męskie nóżki w poselskich bucikach lakiereczkach czy zabłoconych kamaszkach, albo schować nóżki żeńskie, kołkowate lub cienkie w szpileczkach; otóż chodzi także o to, by nie było widać kija, czyli drążka, na którym lider, zwany dalej Animatorem, prowadzi swoje lalki.
Czasami na mównicę wkracza sam Animator. Na ogół staje na niej samotnie, mimo że jest to teatrzyk rodzinny. Teatrzyk prowadzą wspólnie dwaj bracia. Kupili go parę miesięcy temu, a spektakle odbywają się prawie codziennie i nigdy nie wiadomo, jakie będzie zakończenie. Widzowie teatrzyku mają karnety wykupione na cztery lata i biorą udział w akcji, pchają się na scenę, tak jak to bywa w teatrze alternatywnym. Podzielili się braciszkowie rolami tak, że jeden jest ważniejszy, drugi zaś mniej ważny. W tym szczególnym przypadku jednak właściciel i dyrektor teatrzyku, który powinien być ważniejszy, jest mniej ważny niż główny animator. Ba, nawet czasami odgrywa rolę w spektaklu i daje się Animatorowi prowadzić na kiju.
Za każdym razem, gdy na mównicy pojawia się Animator główny, zrywają się brawa wśród publiczności. To klakierzy, wynajęci do specjalnych zadań, łudzą się, że dostaną rolę, kiedy pojawią się nowe sztuczki kukiełkowe, z których każda będzie miała w tytule słowo: Komisja. Śledcza, lustracyjna albo wyjaśniająca. Franz Kafka przy komisarzach to mały pikuś.
Często Animator narażony jest na nieprzyjazne okrzyki publiki, gwizdy albo nieprzyjemny dla jego uszu, huraganowy śmiech. Gdy Animator zaczyna krzyczeć, śmiech zamiera w śmiertelną ciszę. Palcem pogrozi, w pulpit drobną rączką rąbnie, od łże-elit albo od komuchów zwyzywa. A niedawno podczas spektaklu wdrapał się na mówniczkę i zawołał, że jak nie będzie wyborów, to zacznie się wojna na noże! I jeszcze dobitnie powtórzył jak jaki bandziorek: Na noże! Ratuj Boże! Czy grozi nam noc długich noży w krótkich rączkach właścicieli teatrzyku? Chociaż to pewnie licentia poetica. Kto wydał mu licencję na tego rodzaju okrzyki? Nie wiadomo. Trzeba będzie powołać komisję do zbadania tej sprawy, jak również do zbadania wielkiego dzieła jego brata, czyli Dyrektora, które nosi tytuł: „Zakres swobody stron w zakresie kształtowania treści w stosunku pracy”. Wszystkie lalki oraz widownia uczą się na pamięć fragmentów, w których występuje wielki animator, Lenin Włodzimierz. Chciał nasz mały Animator tropić, aż wytropiony został! Ponieważ Lenina w jego teatrzyku miało nie być, zapanowało zamieszanie, bo jakże to tak? Bolszewię tropi, a w pismach swoich ją cytuje? Tłumaczyć się zaczął zaraz, że w tamtym czasie (1979 rok! Powstawała „Solidarność” itd.) każdy musiał się na wodza rewolucji powołać, ale zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że prawda jest inna. Łętowska Ewa, profesor prawa nie od parady, na mumię Lenina się nie powoływała, a i mój mąż psycholog społeczny, w owym czasie pracę piszący, ani razu go nie przywołał. Nawet Lenina rebionka! I profesorem bez tego został.
Animator, brat Dyrektora, sieje strach nie tylko wśród dyrektorów innych teatrzyków, ale także wśród swoich kukiełek. Boją się, że Dyrektor teatrzyku na życzenie Animatora zaangażuje do spektaklu laleczki z konkurencji, a one, te obecne gwiazdki, mimo że wierne do granic wytrzymałości, a nawet powyżej, zostaną odstawione do magazynu starych, zużytych lalek. I już nigdy nie pojawią się na scenie, by odegrać swoją dobrze opanowaną, wielokrotnie powtarzaną rolę lub rólkę. Laleczka z zaczesanymi pod górę siwymi włoskami boi się, że już nie zawoła swym mechanicznym głosikiem: „Balcerowicz musi odejść, odejść, odejść”. Raz się zepsuła na scenie i oświadczyła, że Balcerowicz nie musi odejść, może zostać. I teraz już na kiju chodzić nie chce.
Druga kukiełka to wręcz Olbrzym, a boi się jeszcze bardziej, bo dostaje coraz mniej oklasków. Robi dobrą minę do kiepskiej gry. Raz nawet drążek połamała, ale przywołano ją do porządku: uważaj, narodowa laleczko polska, braw coraz mniej dostajesz, jeszcze raz staniesz dęba, to wylądujesz w magazynie zużytych kukiełek. Animator jest doświadczonym strategiem, stosuje więc metodę kija i marchewki. Postraszył, ale zaraz pogłaskał i obiecał, że laleczka należąca do Olbrzyma otrzyma rólkę Rzecznika Praw Dziecka, za to że tak ślicznie wypowiedziała swoją kwestię nad wyraz poetycką, Szekspir by się jej nie powstydził, a owa kwestia brzmiała tak: „Randka plemnika i jajeczka może skończyć się fascynującym i skomplikowanym procesem – zapłodnieniem” (ciekawe swoją drogą, kto komu ten proces wytoczy), „Tuż przed samym połączeniem zwycięski plemnik pozbywa się swej witki (w takim UKŁADZIE witka owa zdaje się być namiastką kijka prowadzącego kukiełkę). Potem niezauważalnie dla kobiety w jedną całość łączą się jądra komórki jajowej i plemnika. Tak powstaje nowe życie”.
W trakcie spektaklu, kiedy jedna z posłanek wtrąciła swoje trzy grosze o potrzebie wspierania roli ojca, kukiełka polska męska z teatrzyku rodzinnego, spec od rodzinnych wartości, zaśmiał się tylko szeroko, że ha, ha, ha, on nie potrafi karmić piersią. Było o zbawiennej roli wychowania „ścierką bez łeb”; to propaguje ta sama laleczka, która zapytała niedawno ze śmiechem: „Czy można zgwałcić prostytutkę?”. Było też o modelu rodziny, jaką tworzy „dwóch pederastów i pies”.
Ludzie, jeśli myślicie, że ja to wszystko zmyśliłam, że to bełkot chorego umysłu, mylicie się, tego by nikt nie wymyślił, to wszystko są żywe cytaty z wypowiedzi kukiełek polskich, naszych wybranych posłów! Niestety, ten nasz teatrzyk kukiełkowy wciąż działa i nie zanosi się na dłuższą przerwę!

 

Wydanie: 14/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy