Jak ksiądz Skorupka ocalił Paryż

Jak ksiądz Skorupka ocalił Paryż

W miarę jak reinterpretujemy naszą historię, Bitwa Warszawska coraz bardziej nam rośnie, potężnieje, stając się wręcz decydującą dla losów Europy i cywilizowanego świata. Owszem, zwycięskie walki stoczone na przedpolu stolicy w połowie sierpnia 1920 r. ocaliły niepodległość odradzającej się Rzeczypospolitej i z tego powodu należy się im pisane złotymi zgłoskami miejsce w historii narodowej. Jednak „świadomości dziejowej” Polaków to oczywiście nie wystarcza. Ze zwycięstwa odniesionego dzięki znakomitemu manewrowi Józefa Piłsudskiego, a po części także intrygom Józefa Stalina udaremniającym pomoc armii Tuchaczewskiego ze strony bolszewickiego Frontu Południowo-Zachodniego, zrobiono wkrótce „cud nad Wisłą”, a do działań wojennych wmieszano nawet Matkę Boską Zielną. Nie o to jednak chodzi. Dużo ciekawsze są dalsze losy polityczno-historycznej opowieści o wydarzeniach. Polacy, mający masochistyczne poczucie wiecznego niedocenienia, skłonni są uważać, że otacza ich świat potwarców i polonożerców (vide domniemany antypolonizm). Nie odpowiada to prawdzie. Mieli zawsze i nadal mają grono sympatyków i irracjonalnych nawet wielbicieli, by wymienić tylko Erazma z Rotterdamu, Karola Marksa, Gilberta Chestertona.

Do tych ostatnich zaliczał się ekscentryczny lord angielski, sir Edgar Vincent D’Abernon (wicehrabia, a od 1914 r. baron). Mianowany 21 lipca 1920 r. przypadkowo i bez zgody Lloyda George’a szefem misji międzysojuszniczej w Warszawie, staje się z dnia na dzień gorącym orędownikiem Rzeczypospolitej. Już 4 sierpnia, wraz z Jeanem Julesem Jusserandem (co akurat nie dziwi, gdyż Francuzi konsekwentnie wspierali wówczas Polskę), redaguje depeszę, w której domaga się, żeby – ni mniej, ni więcej – alianci wypowiedzieli oficjalnie wojnę bolszewikom. Wywołuje to wściekłość w Londynie, gdzie Lloyd George uważa Polskę za zawalidrogę w ustanawianiu nowego ładu europejskiego. Niezrażony brakiem odpowiedzi romantyk d’Abernon wysyła kolejne pismo, odwołujące się do… honoru Albionu, którego względność winien był przecież znać od podszewki. Nic dziwnego, że wkrótce po Bitwie Warszawskiej zostaje przeniesiony do Berlina i całkowicie odizolowany od spraw nadwiślańskich. Ten uparty facet, chybiony dyplomata, ani historyk, ani politolog, osobiście urażony nie daje za wygraną. W 1931 r. pisze książkę o Bitwie Warszawskiej „Osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata”. Teza dzieła jest prosta: jak Karol Młot pod Poitiers ocalił Europę przed muzułmanami, tak Piłsudski pod Warszawą przed krwiożerczym bolszewizmem. Książka budzi w Polsce niebywały entuzjazm. To nie rodak nas to sławi, ale Anglik! Ba! Nie byle jaki Anglik, ale lord angielski głosi, żeśmy naszą chrześcijańską piersią ocalili kontynent. Nie będzie odtąd oficjalnej wypowiedzi na temat „cudu nad Wisłą”, w której nie powoływano by się (z wyjątkiem… Piłsudskiego) na sformułowanie o „decydującej bitwie”.

Sam D’Abernon zaczyna mieć jednak wątpliwości. Od kiedy Karol Młot zatrzymał Maurów, mija już 13 wieków, a wkrótce rekonkwista wyprze ich z Europy. Bolszewicy natomiast nie stracili w 1920 r. siły zaczepnej, co Polsce udowodnili już w 1939 r. Zorientował się w tym D’Abernon, ale zasadnicze poprawki wniesione w kolejnym wydaniu książki nie zostały już (oczywiście to czysty przypadek) w Polsce zauważone.

Kawę na ławę wyłożył Norman Davies, historyk walijski, skądinąd zawsze schlebiający Polakom: „14 lat po opublikowaniu książki D’Abernona Armia Czerwona najechała na Europę Środkową i unieważniła wszystko, co napisał. W ośmiu z 24 suwerennych państw Europy zaprowadzono pod auspicjami sowieckimi nowy porządek społeczny. (…) Bitwa Warszawska nie ocaliła nie tylko całej epoki, ale nawet jednego pokolenia”. Zresztą, żeby brać na serio D’Abernona, trzeba by było wytłumaczyć, jak Armia Czerwona, która nie dała sobie rady z Polakami, zdołałaby w 1920 r., rozciągając o dalsze 400 km swoje linie zaopatrzeniowe, opanować Niemcy, gdzie nastroje rewolucyjne dawno już osłabły (a w Prusach Wschodnich, które zostałyby na tyłach, nigdy ich nie było).

Jednak szara rzeczywistość nas jak zwykle nie obchodzi. Media, podręczniki szkolne i politycy w dalszym ciągu nadają Bitwie Warszawskiej ogólnoeuropejski wymiar. Powraca upiór chrześcijańskiego przedmurza. Ocalenie na 19 lat wolnej Rzeczypospolitej najwyraźniej nie wystarcza ambicji narodowej. Dopiero megalomański sen, że dzięki nam stoi jeszcze w Paryżu wieża Eiffla, w Kopenhadze kokietuje syrenka, w Brukseli sika Manneken Pis, a w Madrycie muzeum Prado nie zostało obrócone w perzynę, może zaspokoić nasze patetyczne kompleksy. A że wszystko było nieco inaczej, niż IPN i prezydent Duda głoszą? Cóż, oni mogą powołać się na D’Abernona, Matkę Boską i księdza kapelana lotnego (były wówczas takie rangi) Ignacego Skorupkę, który jeśli nie został dotąd kanonizowany, to tylko przez niedopatrzenie wynikłe z przedwczesnej śmierci Jana Pawła II. Zaiste, siła złego na rzetelnych historyków.

Wydanie: 34/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy