Myślenie według pragnień

Myślenie według pragnień

BEZ UPRZEDZEŃ

Polska tradycja myśli politycznej była nacechowana idealistycznym chciejstwem, moralnościowym postulatywizmem. Można to nazwać Tischnerowskim „myśleniem według wartości”. Takie myślenie jest na miejscu podczas nabożeństw kościelnych i w innych chwilach uroczystych, ale nie tam, gdzie liczy się rzeczywistość. Myślenie według wartości wprowadza w błąd inżyniera, oficera, naukowca, lekarza i z tego samego powodu bałamuci polityka.
Słowacja jest krajem stojącym w kolejce do NATO. W nadchodzących wyborach parlamentarnych mają tam szansę zwyciężyć partie dobrze nam znanego Vladimira Mecziara i niewiadomego Roberta Fico, obie populistyczne. Jeśli ktoś chce wygrać wybory wbrew mediom, nie ma innego wyjścia, jak podobać się ludowi, a to nazywamy populizmem. Populizm może przejawiać się na różne sposoby, obecnie polega na psuciu gospodarki w imię celów socjalnych, na przeważnie próżnych obietnicach rozprawienia się z korupcją oraz na odchyleniu nacjonalistycznym. Populizm w dzisiejszej wersji środkowoeuropejskiej jest nie do pogodzenia, jak to się mówi, z wartościami leżącymi u podstaw Unii Europejskiej i NATO. Gdyby jednak Zachód rygorystycznie stosował się do tych wartości, polityka na jego obszarze całkowicie by zamarła.
Sekretarz generalny NATO, lord Robertson, zgorszył słowackich demokratów, zapowiadając, że Słowacja zostanie przyjęta do Sojuszu Północnoatlantyckiego, nawet gdyby wybory wygrały partie populistyczne. Powiedział on Słowakom (cytuję za „Gazetą Wyborczą”): „Wynik waszych wyborów nie ma żadnego wpływu na rozszerzenie NATO. (…) W ogóle nie uważam, żeby w tej kwestii była jakaś różnica w zależności od tego, kto wygra. Rządy przychodzą i odchodzą też wewnątrz krajów członkowskich, bo taka jest demokracja, ale zobowiązania wobec Sojuszu pozostają”. Wypowiedź lorda Robertsona krytycznie komentuje Marcin Bosacki z „Wyborczej”. Jego zdaniem, słowa sekretarza generalnego NATO „oznaczają (…), że przy przyjmowaniu nowych krajów przestaną się liczyć standardy demokratyczne”. Nie ma bowiem podstaw, by przewidywać, że Mecziar, powróciwszy do władzy, będzie postępował inaczej niż poprzednio, zwłaszcza że poprawy nie obiecuje. Za jego rządów, zdaniem Marcina Bosackiego, Słowacja była krajem półdemokratycznym, sprzyjającym na arenie międzynarodowej przywódcom potępianym przez Zachód, wewnątrz kraju zaś służby specjalne dopuszczały się czynów przestępczych. Można oczywiście przytoczyć dowody nadużyć władzy w tamtym okresie i dać wiele przykładów antywęgierskiej i antycygańskiej ksenofobii, obecnie przejawianej przez zwolenników Mecziara. Nie zainteresowało to jednak lorda Robertsona.
Nie kwestionuję faktów, na które expressis verbis i milcząco powołuje się Marcin Bosacki. Myślę natomiast, że bardzo przesadza w negatywnej ocenie. Standardy demokracji tak wygórowane, że w ich świetle Słowacja wydawała mu się krajem półdemokratycznym, zmusiłyby nas do wniosku, że Polska jest państwem zaledwie w jednej czwartej demokratycznym, góra w jednej trzeciej. Czy zachodni wzór demokracji jest do pogodzenia z tak olbrzymią władzą Kościoła, jaką mamy w Polsce? Ta władza, zarówno w stolicy, jak i w gminie, bezustannie wkracza w kompetencje władzy świeckiego państwa i można ją określić słowami Umberta Eco jako „władzę de facto”, demokratycznie nie legitymizowaną. Również media, mimo iż formalnie całkowicie wolne, są bardziej skonformizowane w Polsce niż na Słowacji. A to jest także władza de facto. Co innego znaczy „demokracja”, co innego „dobry rząd”, ale w praktyce używamy tych słów jako synonimów. Czy Słowacja, nawet z Mecziarem u władzy, miała gorszy rząd niż Polska? Porównując porównywalne, trzeba odpowiedzieć przecząco. Dla obserwatora z Zachodu w oczywisty sposób Słowacja jest lepiej rządzona niż Polska i ma lepsze wyniki gospodarcze. Cokolwiek wyczyniał Mecziar, nigdy nie posunął się do takiej intrygi, jaką uknuł prezydent Wałęsa przeciw urzędującemu premierowi. Wyobrażam sobie, co pisałaby polska prasa, gdyby pod rządami Mecziara został zabity słowacki Papała i gdyby nie wykryto sprawców ani natychmiast, ani po kilku latach. Albo gdyby zabito tam na ulicy byłego ministra sportu. Jeśli chodzi o ksenofobię słowackich partii populistycznych, to jej nie pochwalam, ale wyobraźmy sobie Polskę z mniejszościami etnicznymi, występującymi u nas w takiej proporcji jak na Słowacji.
Polska nie jest cywilizacyjnie dużo zapóźniona w stosunku do Słowacji, tylko troszeczkę i tę troszeczkę widać na każdym kroku, także w polityce. Jakim prawem zarzucamy Słowacji tolerowanie ksenofobii, skoro sami tolerowaliśmy skrajniejszą od Haiderowskiej nacjonalistyczną prawicę w parlamencie i rządzie?
Zostaliśmy przyjęci do NATO, mimo iż mieliśmy i mamy w rządzie takie partie, jakich Zachód nie tolerowałby w Austrii, Włoszech, nie mówiąc o Niemczech. Rozpowszechniło się jakieś z księżyca wzięte wyobrażenie, że do sojuszu militarnego przyjmuje się państwa w nagrodę za demokratyczne sprawowanie. Czy Salazarowska Portugalia była demokratyczna, gdy ją przyjmowano do NATO? Czy Grecja została wyrzucona, gdy wojskowi wprowadzili tam dyktaturę? Czy Turcja lepiej traktuje swoje mniejszości, niż można się spodziewać po Słowacji rządzonej przez Roberta Fico lub Mecziara?
Polska została przyjęta do Sojuszu, ponieważ była mu potrzebna. Tylko taki stan rzeczy można zrozumieć i uznać za racjonalny. Ci politycy, którzy nam wmawiają, że sojusz militarny rozszerza swój zasięg po to, żeby nagrodzić jakiś naród, upowszechniają infantylizm. Pierwsze rozszerzenie NATO było poprzedzone dyskusją w waszyngtońskiej elicie władzy, nie było ono postanowione jednomyślnie. I dziś nie ma tam zgody, czy postąpiono słusznie. Gdyby nasi politycy widzieli rzeczy takimi, jakimi są, przyjęliby inną, korzystniejszą strategię integrowania się z Zachodem: wstąpimy do NATO, jeżeli przedtem przyjmiecie nas do Unii. Tamto leży w waszym interesie, a to w naszym. Coś za coś.
W sytuacji obecnej naszym oczywistym interesem jest drugie rozszerzenie – na wschód, na południe. Chcemy mieć Słowację w NATO, nawet gdyby panowało tam stu Mecziarów, na zmianę ze stu Łukaszenkami. Jeżeli nie przewiduje się rozszerzenia na Białoruś, to nie dlatego że rządzi tam Łukaszenka, według polskich wyobrażeń, srogi dyktator. Celem majaczącym przed każdym sojuszem militarnym jest wojna. Kto powiedział, że tylko nieposzlakowani demokraci są użyteczni podczas wojny?

Wydanie: 23/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy