Czekanie na przełom

Czekanie na przełom

Antagonizm między biednymi i bogatymi jest wieczny, podział na lewicę i prawicę tylko długotrwały. Już Arystoteles twierdził, że dla państwa, dla pokoju społecznego jest pożądane istnienie licznej klasy średniej, która oddzielałaby biednych od bogatych i przesuwała konflikt między nimi na daleki plan.
Społeczeństwa europejskie przez niemal dwa wieki żyły pod groźbą rewolucji socjalnych. W dziewiętnastowiecznej Francji krwawe rewolucje wybuchały co pokolenie, a doktryny socjalistyczne aż do naszych czasów mocno odciskały się na życiu umysłowym. W Niemczech pojawiały się tylko zachcianki rewolucyjne, ale radykalna ideologia rewolucyjna, która w końcu rozciągnęła swoje wpływy na niemal cały świat, zrodziła się w środowisku niemieckich filozofów. Niemcom nie wyrządziła szkody, w fatalny sposób natomiast wykrzywiła historię Rosji w XX w.
Stany Zjednoczone nie miały u siebie ani rewolucji socjalnej, ani rewolucyjnych ideologii, mimo że różnice majątkowe były tam większe niż w Europie. Najważniejszą tego przyczyną była liczniejsza niż gdziekolwiek klasa średnia. Polityka w Ameryce Północnej zawiera się wewnątrz klasy średniej. Poza tą klasą nie dzieje się nic ważnego. Europa Zachodnia upodobniła się pod względem społecznym do Stanów Zjednoczonych; od czasu gdy robotnicy zostali wciągnięci do klasy średniej, prawdopodobieństwo rewolucji spadło niemal do zera. Tylko młodzież od czasu do czasu bawi się w rewolucję.

Społeczeństwa europejskich krajów „postkomunistycznych” z czasem upodobnią się do społeczeństw zachodnich, ale na razie podobne nie są. Z gęstwiny konfliktów, przeważnie źle opisywanych, jako najważniejszy wyłania się antagonizm biedni-bogaci. Jak wszystko w wielkiej Rosji, także polaryzacja majątkowa przybrała tam monstrualną postać. Podział własności, jaki się ukształtował wskutek surrealistycznej prywatyzacji, uniemożliwia utrzymanie ustroju demokratycznego choćby w obecnie istniejącej, podobno ograniczonej postaci. Kraj o takiej strukturze własności jest skazany na rządy autorytarne, ale nie wiadomo dlaczego rządy autorytarne miałyby bronić własności nabytej metodami uchodzącymi powszechnie za nieuczciwe. Musiałyby to być bezpośrednie rządy oligarchów. Na Rosję bajecznie bogatych oligarchów i powszechnej nędzy patrzymy z niedowierzaniem, że coś takiego może istnieć bez dyktatury.
Polskie problemy mieszczą się w innej skali. W strukturze społecznej nie widzę niczego, co byłoby zagrożeniem dla demokracji. Napięcie między biednymi i bogatymi może być łagodzone środkami mieszczącymi się w systemie pluralizmu partyjnego. Gdy biedni przekonali się, że nie mogą liczyć ani na partie postsolidarnościowe, ani postpeerelowskie (SLD i PSL), przenieśli swoje nadzieje na Samoobronę, partię ani lewicową, ani prawicową, lecz tak pod względem stylu, jak zamiarów ludową. W czasie gdy Platforma Obywatelska chce za pomocą polityki podatkowej zwiększyć kontrast między biednymi i bogatymi i gdy SLD, partia uchodząca za lewicową, temu się nie przeciwstawia, Samoobrona prawie że musiała się pojawić, nawet gdyby jej przedtem nie było. Ma ona program socjalny nierealistyczny, ale nie tak fantastyczny jak program „Solidarności” w czasie gdy ta nie miała jeszcze władzy. Nie wzbogaci ona biednych, ale swoich wyborców uczyni uczestnikami „społeczeństwa obywatelskiego”, upodmiotowi ich, jak się za czasów „Solidarności” mówiło. Wyborca może powiedzieć: przed Samoobroną byłem biedny i byłem nikim. Teraz jestem tylko biedny. (Trawestuję pewnego zwolennika Perona, za panią prof. Senyszyn).
Jeżeli mamy używać słów mniej więcej ściśle, to trzeba powiedzieć, że podział na lewicę i prawicę obecnie mało znaczy. „Solidarność” była wszystkim: egalitarną lewicą i katolicką narodową prawicą, rewolucyjnym syndykalizmem i rewolucją konserwatywną. W końcu wydała z siebie coś, czego nikt się po niej nie spodziewał: dogmatyczny liberalizm gospodarczy. Partia socjaldemokratyczna w obu swoich wcieleniach – SdRP i SLD – powstała jako samoobrona działaczy PZPR i zyskała głosy tej części społeczeństwa, która nie chciała rewolucyjnego zerwania z przeszłością, widząc w takim zerwaniu niewygodę dla siebie i niebezpieczeństwo dla państwa. SdRP-SLD była więc partią funkcjonalnie konserwatywną, a ideowo nijaką. Charakter i kształt otrzymywała z zewnątrz, od przeciwników, którzy chcieli dekomunizować wszystko, co pozostało z PRL. (W końcu udało im się zdekomunizować przemysł i banki). Gdy działacze uznali, prawdopodobnie przedwcześnie, że dekomunizacja nie grozi, stracili orientację, nie wiedzą, czy lepiej im być jedną partią, dwoma czy trzema partiami, czy być partią biednych, czy bogatych, trzymać z Kościołem czy z mniejszościami seksualnymi. Cały czas deklarują lewicowość, ale gdy trzeba powiedzieć, na czym ona polega, męczą się strasznie i męczą słuchaczy swoją drętwą mową i oklepanymi albo wyszukanymi frazesami. Czy to nie dziwne, że w tak licznej partii nie znalazł się ani jeden człowiek, który umiałby naturalnie mówić, jak Lepper czy Rokita?
Przed ostatnimi wyborami wyczuwalna była w kraju atmosfera oczekiwania na jakiś przełom – nie w „stylu rządzenia”, ale w ustroju, w stosunkach społecznych, w poglądach na kilkunastoletnią przeszłość. Także zapotrzebowanie na otwarcie nowych perspektyw. W Polsce takie stany ducha pojawiają się co 10-12 lat. Partia, która je ignoruje, wyobcowuje się ze społeczeństwa, a SLD je ignorował i nadal ignoruje. Liderzy PiS dobrze wyczuwają tę atmosferę i jako odpowiedź przygotowują swój program neodekomunizacji. Część wyborców mniema, że przełomu dokona poseł Rokita, gdy swoją metodę przepytywania podejrzanych świadków zastosuje do wszystkich wrogów ludu. Biedni przełomu spodziewają się po Samoobronie i tylko po SLD nikt się niczego nie spodziewa.

 

Wydanie: 13/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy