Koniec pewnej epoki

Koniec pewnej epoki

Na naszych oczach kończy się pewien porządek, który miał trwać wiecznie i, jak na początku lat 90. głosili ideolodzy nowego systemu, miał być jedynym, który okazał się skuteczny i pokazał historyczną wyższość nad lewicową alternatywą. Neoliberalny kapitalizm, pozbawiony przez Margaret Thatcher korekty związków zawodowych i likwidujący zabezpieczenia socjalne, w ciągu niespełna 30 lat zaczął zjadać własny ogon i doprowadził świat do kompletnego chaosu społecznego, politycznego i ekonomicznego. Powojenny konsensus zbudowany przez europejską socjaldemokrację został zburzony na początku lat 80. przez prawicowych konserwatystów spod znaku Reagana i Thatcher, którzy głosili konieczność tzw. deregulacji, prywatyzacji sektora publicznego i pomniejszenia kontroli państwa nad gospodarką. Wiara w to, że niewidzialna ręka rynku sama zadba o ład społeczny, była skrajnie naiwną i dogmatyczną mantrą neoliberalnych szamanów. Ci inteligentniejsi porzucili szeregi fundamentalistów rynkowych. Na polu walki zostali nieliczni, odporni na wszelkie zewnętrzne informacje, niereformowalni dogmatycy w stylu Balcerowicza. Niewidzialna ręka rynku okazała się ślepą protezą pozbawioną mózgu, który mógłby uchronić ją przed katastrofą.
Brak obywatelskiego i politycznego nadzoru nad polityką gospodarczą tak zdemoralizował sektor finansowy i duży biznes, że jakiekolwiek pytanie społeczeństwa o opinię w sprawach decyzji ekonomicznych tzw. rynki światowe uznają za nieodpowiedzialność. Propozycja rządu greckiego, aby wreszcie spytać obywateli o zgodę na dalsze cięcia, wywołała oburzenie elit finansowych. Jak to? Pytać ludzi, czy mają ochotę mniej zarabiać i finansować z własnej kieszeni straty banków? Reakcja świata biznesu pokazuje, jak mocno zdegenerował się obecny system polityczny.
O ile jeszcze nie tak dawno tylko wąskie kręgi lewicowych radykałów chętnie podpalałyby banki i przeganiały spekulantów finansowych, o tyle dziś jest to niemal powszechne przekonanie, które funkcjonuje na poziomie wiedzy potocznej szerokiej rzeszy Europejczyków. To, że banki oszukują i myślą tylko o swoim zysku, jest dziś oczywistością, banałem dla ogółu społeczeństwa. Wiara w cudowny kapitalistyczny świat, w dobrodziejstwo banków, w nieograniczony wzrost gospodarczy i rzekomo sprawdzone modele polityczne pęka jak bańka mydlana. Świadomość obywatelska dość szybko zmienia się pod wpływem zachodzących wydarzeń. Postulaty tzw. podatku Tobina (od transakcji finansowych) jeszcze rok temu były traktowane jak utopijny postulat alterglobalistów. Dziś stają się koniecznością, poważnie rozważaną i popieraną przez przywódców Unii Europejskiej. Stąd nagła i coraz większa moda na lewicowość w Europie. Nas to też nie ominie. Media w Polsce, które przez 20 lat pluły na jakikolwiek przejaw lewicowości (na początku z powodów historycznych, potem z powodu afer, a później już bez powodu), teraz powoli zaczynają stwierdzać, że polityka i demokracja bez lewicy jest nieco ułomna.

Jeszcze trochę, a biznes do spółki z Platformą Obywatelską założą fundusz ratowania SLD lub jakiejkolwiek innej lewicy, która rozładuje społeczną wściekłość i uchroni przed niekontrolowanym wybuchem. Do tego funduszu chętnie dołoży się Kościół w Polsce, który wciąż nie może zrozumieć, że polskie społeczeństwo staje się coraz bardziej świeckie i z dnia na dzień coraz bardziej zdecydowanie domaga się ograniczenia wpływów kościelnych. Strach przed Palikotem i groźbą dalszej spontanicznej sekularyzacji spowoduje, że wentyl bezpieczeństwa w postaci SLD, który w przewidywalny sposób kanalizował świeckie postulaty, nagle stanie się wybawieniem dla kard. Dziwisza i innych hierarchów. SLD, choć złożony z obrzydliwych dla Kościoła komuchów, pozwalał jednak budować świątynie, robić niezłe interesy i ozdabiać kropidłem każdą uroczystość państwową. Obecna fala młodych antyklerykałów, która zagłosowała na Palikota, nie będzie miała ochoty na negocjacje i pojednawcze gesty wobec aparatu kościelnego. Za jakiś czas funkcjonariusze kościelni z rozrzewnieniem będą wspominać porozumienia z rządem Millera, ulgi podatkowe wprowadzone jeszcze pod koniec PRL przez rząd Rakowskiego i bum budowlany na stawianie nowych kościołów z lat 80. czy 90. Za jakiś czas opustoszałe świątynie będą tylko architektonicznym wspomnieniem dawnych, cudownych lat, kiedy komuniści w Polsce zapewniali Kościołowi katolickiemu monopol na rynku wierzeń religijnych. Bez żadnych buddystów, wyznawców Hare Kriszna czy innej Dody.

Dochodzi do paradoksalnej sytuacji: jest zapotrzebowanie na lewicę, wszyscy powoli zaczynają jej kibicować, problemów wymagających nowych rozwiązań jest mnóstwo, tylko samej lewicy w Polsce jakoś nie widać. A jeśli już się pojawia, to ma nieświeże oblicze resztek po wygłodniałym i poobijanym aparacie partyjnym. To raczej kiepski partner do budowania szerokich sojuszy społecznych i nawiązywania mocnych kontaktów w sferze obywatelskiej.
Dziś lewica musi umieć jednocześnie rozmawiać z pracownikami hipermarketów, z robotnikami na budowach i w zakładach pracy pozbawionych związków zawodowych, z profesorami na uczelniach, z absolwentami wyższych uczelni bez szansy na etat, z antyfaszystami protestującymi przeciwko nacjonalistom, z alterglobalistami atakującymi obecny model kapitalizmu. Na razie działacze SLD najlepiej czują się we własnym gronie i nikt nie jest im do szczęścia potrzebny. Łącznie z wyborcami. Ktoś jednak musi rozpocząć nowe myślenie.

Wydanie: 45/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy