Człowiek w Swetrze

W sferach szpiegowskich, jak słychać, zapanowało obecnie znaczne odprężenie, ponieważ rząd RP postanowił ogłosić abolicję dla szpiegów.

Jest to nowy pomysł Człowieka w Swetrze, czyli ministra Pałubickiego, potwierdzający jego niewątpliwe kompetencje do kierowania wywiadem, kontrwywiadem i w ogóle wszystkim, co dotyczy bezpieczeństwa naszego kraju. Szpiedzy, zamiast nadal męczyć się moralnie z racji swej podwójnej osobowości, mogą teraz po prostu zgłosić się do p. Pałubickiego i jego urzędników, i po złożeniu odpowiednich zeznań wyjść z jasną twarzą, zamiast z dwulicową szpiegowską mordą. Pan Pałubicki na konferencji prasowej powiedział dodatkowo, że jeśli któryś ze szpiegów nie skorzysta z tego moralnego komfortu, to i tak będzie już bezużyteczny, ponieważ jego szefowie od tej pory nie będą wiedzieć, czy ich człowiek zgłosił się, czy też nie zgłosił i w ten sposób utraci ich zaufanie. A więc jednym genialnym pociągnięciem Pałubicki rozłożył w Polsce KGB, CIA, Mosad i inne pomniejsze agencje wywiadowcze.

Oczywiście oferta p. Pałubickiego i naszego rządu wydaje się skierowana raczej do amatorów niż do zawodowców w profesji szpiegowskiej, ponieważ mimo wszystko trudno wyobrazić sobie Matę Hari, Jamesa Bonda czy nawet naszego J-23 korzystających z tej wspaniałomyślnej oferty i starających się odtąd o uczciwe posady akwizytorów, księgowych czy strażników nocnych, ale przecież dobre i to. 

Ale jeszcze lepsze byłoby jednak dowiedzenie się, do czego naprawdę zmierza p. Pałubicki i jego gabinet i co jest prawdziwą przyczyną tej wspaniałomyślności wobec szpiegów? 

Otóż najczęściej powtarzaną wersją jest, oczywiście, to, że chodzi tu o sprawę dziewięciu wydalonych niedawno rzekomych szpiegów rosyjskich z ambasady Rosji. Ich gwałtowne usunięcie z Polski, gest w dyplomacji stosowany dość rzadko, wydawało się zbyt głośne, aby na tym tylko miało się skończyć, nie zaś na polowaniu na wszystkich, którzy owych dyplomatów znali, spotykali, a nawet wypili z nimi na jakimś koktajlu kieliszek wódki. Być może to właśnie ci ludzie powinni teraz pójść do p. Pałubickiego do spowiedzi, ale sam autor tego pomysłu zapewnia, że nic takiego nie miał na myśli. I słusznie, bo kto by marnował sobie taką okazję do dalszych gonitw? 

Pozostają więc domysły inne, nieco bardziej przewrotne. Oto dziwnym zbiegiem okoliczności ”Życie Warszawy” – nie mylić z „Życiem” p. Wołka z dnia 7 lutego bm. ogłosiło na pierwszej stronie artykuł pt. „Kohl finansował Solidarność”, w którym relacjonuje obszerny wywiad, jakiego Helmut Kohl udzielił publicznej telewizji ARD w związku z tajnymi kontami partyjnymi CDU, o które obecnie szarpie się byłego kanclerza. W wywiadzie tym Kohl “mimochodem”, jak pisze „ŻW”, powiedział, że od roku 1982 przekazywał pieniądze nielegalnej wówczas „Solidarności”, co działo się za pośrednictwem wywiadu niemieckiego w Polsce. Były to „milionowe sumy”, jednakże „dalsza droga ich przepływu pozostaje tajemnicą”. „Warto byłoby dziś odtworzyć ich dalszą drogę oraz uzyskać informacje, na co zostały przeznaczone”, pisze dziennik. 

Otóż ową dalszą drogę można sobie jednak z grubsza wyobrazić. Po prostu ktoś ze strony „Solidarności” musiał spotykać się z kimś ze strony wywiadu Republiki Federalnej Niemiec i inkasować tę gotówkę, albo przynajmniej wiadomości ojej przekazaniu, ponieważ, zdaniem Kohla, transakcje te odbywały się za pośrednictwem banku w Luksemburgu. 

Rewelacja rzucone „mimochodem” przez Helmuta Kohla w trakcie rozmowy z ARD nie są niczym zasadniczo nowym i odkrywczym. W wydanej już w roku 1994 po polsku książce Petera Schweizera „Victory czyli Zwycięstwo CIA i „Solidarność'” omówione są dość dokładnie sposoby wspomagania finansów „Solidarności” przez wywiad amerykański, Watykan i amerykańskie związki zawodowe i, szczerze mówiąc, na nikim nie robi to szczególnego wrażenia. To. co rzucił „mimochodem” Kohl, wyliczając się z gotówki, której przyjęcie mu się zarzuca, nie jest więc niczym nadzwyczajnym, dodaje po prostu jeszcze jeden rys do od dawna znajomego obrazka.

Być może jednak p. Pałubicki, który cieszy się opinią fanatycznego moralisty na miarę Ignacego Loyoli, uznał, że jego abolicja dla szpiegów objąć ma właśnie tych ludzi, którzy pośredniczyli w owych transakcjach, stając się mimowolnie szpiegami lub współpracownikami szpiegów, a których Człowiek w Swetrze pragnie teraz definitywnie oczyścić? Byłoby to zarówno nad wyraz szlachetne, jak i niesamowicie głupie, ale czy poczynania koordynatora służb specjalnych koniecznie muszą być mądre? 

Zastanawiające w tym wszystkim jest wszak jedna okoliczność. Oto bowiem abolicja dla szpiegów, ów najnowszy produkt naszego chałupniczego makiawelizmu, przychodzi w momonde, kiedy równocześnie z kolosalnym zapałem dmucha się w trąby lustracji, w ramach której także jakakolwiek współpraca z polskim wywiadem wojskowym PRL uważana jest za przestępstwo. którego zatajenie grozi infamią. A oskarżenie o współpracę z kontrwywiadem PRL można przecież postawić sporej liczbie osób, praktycznie wszystkim, którzy kiedykolwiek w czasach PRL otarli się o służbę dyplomatyczną. Każde dziecko wie przecież, że we wszystkich placówkach dyplomatycznych, we wszystkich krajach świata, aptekarskie oddzielenie działalności sprawozdawczej od wywiadowczej jest dokładnie niemożliwe. 

Z pomysłu abolicji dla szpiegów wyłania się więc, po chwili zastanowienia, bardzo zgrabny obrazek. Oto może się więc okazać, że oczyszczonymi do białości szpiegami będą ‚nasi ludzie’, szlachetni bojownicy i konspiratorzy, których los zmusił do niejasnych kontaktów z obcymi wywiadami, a na tym ile jeszcze wyraźniej pokaże się ohyda klientów lustracji czy pacjentów instytutu Pamięci Narodowej. 

Szkoda jednak na to bezcennych nocy Człowieka w Swetrze. Przecież i bez żadnej abolicji wiadomo, po której stronie jest wartość i jasność, a gdzie bagno i zgnilizna.

KTT

Wydanie: 7/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy