Chińczyki trzymają się mocno

Chińczyki trzymają się mocno

Takiej olimpiady jeszcze nie było. I trudno sobie wyobrazić w przyszłości organizatora, który zainwestuje równie gigantyczne środki co Chińczycy. Przed igrzyskami mieli jeden cel. Chcieli pokazać światu, że już mają papiery globalnego lidera. Że pogoń za światową czołówką gospodarczą przyniosła efekty, o jakich w ostatnim stuleciu nikomu się nawet nie śniło. Olimpiada pekińska obserwowana przez miliardy ludzi na całym świecie była bardzo czytelnym sygnałem. Nikt już nie może mieć wątpliwości, że Chiny są potęgą, z którą wszyscy muszą się liczyć. Nie tylko w sporcie.
Sportowcom i kibicom igrzyska uświadomiły, że na rywalizację najlepszych trzeba już patrzeć inaczej. Że granica między zwycięstwem a porażką jest coraz mniejsza. Jest tak cienka, że o miejscu w rywalizacji decydują nie ogromne umiejętności, bo te ma wielu, ale siła psychiki i nadzwyczajna motywacja. Treningi wyczynowców przekroczyły granice ludzkiej wytrzymałości. A w zawodach liczą się tylko ci, którzy godzą się na katorżnicze przygotowania. Najmniejsze wyłamanie z tych rygorów kończy sen o medalach. Ale nawet najlepiej przygotowany sportowiec nie ma gwarancji sukcesu, gdy nie potrafi sobie poradzić ze stresem, jaki go dopada na najważniejszej imprezie sportowej świata.
Tak więc wymądrzanie się nad wynikami polskich sportowców z pozycji wygodnie rozwalonego w fotelu kibica musi to wszystko uwzględniać, by oceny były sprawiedliwe. A ocenić występ Polaków trzeba. Nie tylko pod kątem zdobytych medali i wyników. Same wyniki to za mało. Medaliści przejdą do historii. Będą w albumach i galeriach sławy. Czekają na nich sowite nagrody i w przyszłości specjalna emerytura olimpijska. A ci, którzy byli tuż za nimi, o ten przysłowiowy włos? Sami sportowcy mówią o tym tak. Jaka jest różnica między czwartym a ósmym miejscem? Żadna. Wszyscy są przegrani. Coś w tym jest. Świat zapamięta fenomenalnego amerykańskiego pływaka Michaela Phelpsa, niebywałe wyczyny sprintera Usaina Bolta z Jamajki i pasmo zwycięstw Chińczyków.
Dla nas z pewnością Pekin nie był szczęśliwy. Zapowiedzi były w starym polskim stylu. Jechaliśmy po zwycięstwa. Ile było w tym zwykłego chciejstwa, ile zaklinania rzeczywistości, a ile braku rozeznania siły rywali, trzeba by oceniać, biorąc pod uwagę każdą dyscyplinę. Najgłupiej byłoby porażki wrzucić do jednego wora. Przecież między stylem pracy związku wioślarskiego a szermierczego jest przepaść. Widać to było i w wynikach. I w atmosferze wśród zawodników, trenerów i działaczy tych ekip. Oceniać występy Polaków w Pekinie trzeba również dlatego, że na przygotowania do igrzysk poszły duże środki finansowe. Największe w historii. A wyniki są wręcz odwrotne. Stąd gorzkie powroty, wzajemne pretensje i oskarżenia.
Ostatnie lata nie były dobre dla polskiego sportu. A że ryba psuje się od głowy, trzeba pamiętać, że w ciągu trzech lat było czterech ministrów sportu. W tym osławiony Lipiec z PiS. Że prawica dokumentnie rozwaliła dobrze wcześniej działające centralne ośrodki sportowe. Że wprowadzono do instytucji sportowych wielu PiS-owskich kumotrów i nieudaczników. Coś niedobrego się dzieje z tymi ministrami sportu, bo obecny Mirosław Drzewiecki wrócił z olimpiady przed jej końcem. Nie doczekał ceremonii zgaszenia znicza olimpijskiego. Potwierdza się więc stara zasada, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą.

Wydanie: 35/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy