Bohaterskie państwo kwitnie

Bohaterskie państwo kwitnie

Polska armia niknie, ale polska polityka się zbroi. Z zakupu samolotów F-16 polskie wojsko nie ma żadnej korzyści, ale polityka ma. To już minęło, ale warto przypomnieć, że zaniechana tarcza antyrakietowa nie miała najmniejszego znaczenia dla bezpieczeństwa Polski, ale politycy poczuli się dzięki niej mocno uzbrojeni w sojusz z Ameryką. I rozbrojeni, gdy tarcza się rozwiała. Patrioty starego czy nowego typu, z głowicami czy bez głowic, ale z amerykańską załogą bardzo uzbrajają polską politykę, nie dając nic polskiemu wojsku. Zbrojenie polityki, które nie jest zbrojeniem armii, jest tylko propagandą, „linią imaginota”, „picem na wodę”, z którym wiąże się nadzieję, że wraży sąsiad albo od razu się przestraszy, albo przynajmniej dwa razy pomyśli, zanim nas zaatakuje. Ta polityka pozorów, to kogucie stroszenie piór ma Polaków kosztować dziesiątki miliardów dolarów. Zestawmy te wydatki z tym, co się dzieje w szpitalach i ośrodkach zdrowia. Zbrojenie polityki kosztem celów użytecznych doprowadzi dziesiątki, może nawet setki tysięcy ludzi do przedwczesnej śmierci, zanim jakiemukolwiek agresorowi przyśni się, że mógłby napaść na Polskę.
Widzę w historii oraz w dzisiejszym świecie dwa typy państw: dla jednych ideą przewodnią jest heroizm, dla drugich użyteczność. Adam Smith, klasyk ekonomii politycznej, twierdził, że zasadniczo państwo powstało w celu zagwarantowania własności. Taka była pierwotna przyczyna i cel został rozszerzony na wszelkie bezpieczeństwo. Co mnie zastanawiało: najwięksi filozofowie anglosascy byli zasadniczo pacyfistami, ich nauki weszły do prawie powszechnych przekonań w ich kraju i dały w końcu taki efekt, że Anglosasi zapanowali politycznie i gospodarczo nad połową świata. Wiem, że nie z przekonań bierze się siła, ale przekonania wpływają na to, co ludzie uważają za nieważne, ważne i bardzo ważne i czemu ostatecznie poświęcają swoje siły. Idea użyteczności miała swój wielki udział w tym, że społeczeństwa najpierw angielskie, a później północnoamerykańskie uformowały się politycznie i kulturowo odpowiednio do wymagań wytwórczości i stały się dzięki temu najpotężniejsze na świecie. Myśl filozofów nie była początkiem tego procesu, ale go objaśniła i utrwaliła dzięki instytucjom, które inspirowała.
Nie znam historii Arabów, widzę tylko, co się z nimi dzieje obecnie. Czytam, że w ich świadomości najwyższą formą życia narodowego jest walka z wrogiem. Państwa arabskie w większym lub mniejszym stopniu są natchnione ideą heroizmu. Czy to dodaje im sił? Czy odnoszą dzięki temu sukcesy na miarę środków, jakie mają w rękach? Narody byłej Jugosławii przez kilkadziesiąt lat były edukowane obrazami bohaterskich walk, a najbardziej heroistyczni byli Serbowie. I właśnie oni wskutek tej oszałamiającej i odbierającej zdolność do trzeźwego osądu bohaterszczyzny stali się najbardziej przegranymi, mimo że ich racje nie były gorsze od innych.
Polskie państwo jest zdominowane przez heroistyczną mistyfikację. Przejawia się to na kilku płaszczyznach, głównie politycznej i kulturalnej. Dyskusje o sprawach międzynarodowych mają taką treść, jakby wojna była tuż-tuż. Założenie, że wojna zbliża się wielkimi krokami, widać w nerwowym dopraszaniu się amerykańskiej kurateli. Ludności w sposób natrętny stawia się za wzór powstanie warszawskie, wydarzenie skądinąd sromotne. Jeżeli się kogoś odznacza, nagradza czy awansuje, to za czyny zakwalifikowane jako bohaterskie. Każdy, kto pretenduje do wyciągnięcia od państwa jakiejś korzyści, przedstawia swoje bohaterskie zasługi. Jeżeli chce dostać 25 tysięcy złotych, to dostarcza dokumentację, że był internowany; za areszt albo więzienie należy się już według sądu 80 tysięcy albo więcej. Udział w manifestacji ulicznej uprawnia do tytułu kombatanta i odpowiedniego odszkodowania pieniężnego. Mamy kapitalizm, więc wszystko musi mieć swoją cenę wyrażoną w pieniądzu. Ceny heroicznych usług oddanych ojczyźnie ciągle idą w górę, szybciej niż inflacja.
Na świecie co jakiś czas wybuchają rewolty i niektóre są bohaterskie. Polska „Solidarność”, jak się powszechnie przyjmuje, liczyła 10 milionów członków i powstała w momencie skrajnego osłabienia władzy, której ludzie mieli dość i która, jak się okazało, sama siebie miała dość. Jednostka występująca razem z dziesięcioma milionami solidarnych jednostek, choćby z całej duszy chciała być bohaterska, to nie mogła przecież, bo gdzie tam było miejsce na odwagę? „Solidarność” była tak bardzo niebohaterska, jak tylko można sobie wyobrazić. Jedyną groźbą, jaka władzy pozostała, było wpisanie delikwenta na listę tajnych agentów. Stereotyp bohaterstwa jest jednak głęboko zakorzeniony w kulturze i ten ruch przeważnie bardzo tchórzliwych ludzi – przecież znało się ich przedtem – przybrał od razu pozę, gestykulację, znaki, emblematy bohaterstwa. Czytałem książkę, w której autorka punkt po punkcie pokazywała uderzające podobieństwo tego ruchu do „rewolucji moralnej” poprzedzającej powstanie styczniowe. Powstania jednak nie było, choć przyznaję, że gotowych pójść na barykady i natychmiast zginąć trochę by się uzbierało. Ale to, co było wówczas, to prawie nic w porównaniu z teraźniejszą heroizacją „Solidarności”. Już się mają za tych, co wygrali drugą wojnę światową: rocznica września 1939 r. była obchodzona jako jubel na cześć „Solidarności”, nie zapomnijmy o tym.
Heroistyczna blaga przenika całe życie publiczne; na prowincji przybiera formy komiczne. Na wyższych uczelniach przeciwnie, występuje w bardzo posępnej postaci.
Państwo heroiczne wszędzie, gdzie może, posyła wojsko: do Iraku, Czadu, Afganistanu. To do pewnego stopnia przymus, ale sprawia on rządzącym dużo przyjemności. Zresztą w czasach, gdy wszędzie ludzie nie mogą już usiedzieć na swoich miejscach i wyruszają w wędrówkę po całym globie, polskie wojsko pod Hindukuszem za bardzo nie dziwi.
Najszczęśliwszym państwem w Europie od wieków jest niewątpliwie Szwajcaria i da Bóg, takim pozostanie, dopóki obrońcy praw człowieka się do Szwajcarów nie dobiorą, a właśnie zaczęli grozić. Jednak nie tę „uprawieczłowieczoną” Szwajcarię przyszłości, pełną minaretów, lecz tę dziś istniejącą miał na względzie polityk solidarnościowy, a więc bardzo heroiczny, gdy przestrzegał przed „szwajcaryzacją” Polski. Niczego bym tak nie pragnął dla Polski, jak właśnie „szwajcaryzacji”, oczywiście bez minaretów. „Pragnąłbym bardzo – pisze profesor Marian Dobrosielski w „Przeglądzie Socjalistycznym” – by Polska cieszyła się na arenie międzynarodowej takim szacunkiem i autorytetem jak Szwajcaria. Warto przeczytać np. przemówienie pani minister spraw zagranicznych Szwajcarii w dniu święta narodowego tego kraju… powiedziała z tej okazji m.in. „Nie celebrujemy bitew (a był to naprawdę bitny naród i takim by się znowu okazał w razie potrzeby – B.Ł.), bohaterów wojennych czy określonych osób. Człowiek, dialog, bezpośrednia demokracja, federalizm skupiają naszą uwagę. Skromność, wstrzemięźliwość, otwartość, wiarygodność są cechami naszej polityki. Nasze państwo dobrobytu było i jest po to, by pomagać słabszemu i biedniejszemu mieszkańcowi naszego kraju. Ludzkość może uporać się z aktualnymi zagrożeniami zmiany klimatu, zmniejszającymi się zasobami wody, presją migracji, bezpieczeństwa żywnościowego czy dalszego rozprzestrzenienia broni jądrowej tylko przez współpracę, lecz nie przez walkę…””. Takich mów rocznicowych chcemy słuchać, a nie patetyczno-błazeńskich „narracji” o tym, jak gdański szewczyk zabił strajkiem wszechświatowego czerwonego smoka i dalej go zabija.

Wydanie: 3/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy