Chcesz w dziób?

Chcesz w dziób?

Od kilku dni budzi mnie o piątej rano natrętny koleżka, stukając w szybę. Przez chwilę było to zabawne, zanim nie okazało się monotonne, denerwujące, aż wreszcie sięgnęło wymiaru tortury. Nic go nie odstrasza, nic nie zniechęca, jest tępy i zajadły jak ruski czołgista (wojna uprawomocnia wysyp niedyplomatycznych sucharów). I czegóż ty chcesz ode mnie, po co tak uporczywie się wpraszasz, zobaczmy: otworzyłem okno na oścież, to odpuścił, schował się, skubany. Zawiało trochę, ktoś tam wiertary odpalił, przymknąłem w końcu, żeby popisać w spokoju, a ten znowu, od razu łupie. Pan zięba. Przyszło mi do głowy, że to jakiś wyjątkowo nieudolny samobójca – ptaki nierzadko śmiertelnie się zderzają z czystymi oknami; no, wziąłby większy rozpęd, zamiast mi dziobać tę szybę. Doczytałem: nie chodzi mu o to, żeby się dostać do środka, to nie ułan, co szuka pokalanej panienki, nie chce też sobie zrobić krzywdy – on walczy. Na śmierć i życie toczy bój z własnym odbiciem. I potrafi tak przez całą wiosnę, lato, od świtu do zmierzchu…

Wywiesiłem potargane torebki foliowe, żeby, szeleszcząc na wietrze, odstraszyły gamonia, ale gdzie tam – raczej odstraszą sąsiadów; gdybym zobaczył kolorowe folie powiewające z okien, też bym uznał to za symptom czyjegoś obłędu. Po prawdzie, daleko do szału nie mam, cierpię na przeziębienie. Pojadę po czarne nalepki w kształcie drapieżników, ale nie mam przekonania, czy to coś zmieni – nienawiść do innych samców jest u zięb tak silna, że może pokonać instynkt samozachowawczy. Spoglądam na ten ptasi szał z rezygnacją, choć nie ozięble: o ziębie mniemam odtąd jak najgorzej. Atak na szybę powtarza się w seriach, ptaszek wali dziobem w okno, po czym przysiada na balkonie, z każdą szarżą podsrywając sobie dla kurażu na balustradę.

Ludowy stoicyzm: „Tak to już natura wymyśliła, nic nie zrobisz” wyjątkowo mnie drażni, bo to jakbym słyszał, że skoro natura obdarzyła samców testosteronem, muszą sobie czasem upuścić jego nadmiar, mordując i gwałcąc. Lecz jeśli natura nawet ptasiemu móżdżkowi zdołała wymyślić sposób sublimacji morderczego popędu, może i w człowieku da się znaleźć coś na uśpienie Tanatosa. Otóż pan zięba, gdy nie walczy, to śpiewa. Potrafi wykonać swoją dwutaktową arię do 2 tys. razy dziennie. Gdzież mu do wirtuoza kosa, który finezyjnie cytuje inne gatunki, gdzież do drozda, który z jazzową werwą przełamuje frazę – zięba jest minimalistą, jego zaśpiew polega na powtarzaniu w nieskończoność refrenu, tu nie ma miejsca ani czasu na zwrotki, należy wygłosić swoje bojowe oświadczenie i oznaczyć nim teren. Nie nazwałbym tej piosnki urokliwą, już wolę sroczy skrzek lub wronie krakanie, bardziej się zlewa z tłem, ani mnie grzeje, ani ziębi, ziębi śpiew niestety wyróżnia się i nawierca w mózgu otwór, przez który wsączają się do mnie demony wojny.

Chciałbym tego ptaka unicestwić, ale wiem, że po nim przyjdą inne, natura nie znosi próżni, terytorium raz objęte we władanie nie może leżeć odłogiem – samczy instynkt nakazuje je oflagować na nowo. Mój balkon jest miejscem frontowym, punktem strategicznym – jedyne wyjście to poczekać, aż szyby się zakurzą, zaplamią, zmatowieją, nigdy więcej nie pozwolę ich umyć. Stracę co prawda widok z okna, ale zyskam ten na przyszłość.

Nie potrafię uciec od poczucia, że ta tragikomiczna ptasia batalia spadła mi, czy raczej na mnie, z nieba jako potwornie smutna metafora. Wojna nie ma w sobie krzty rozumu – to karnawał zbrodniczego instynktu, zabójcze zapętlenie, działa jak pompa ssąco-tłocząca, raz zalana krwią, nie ustanie, dopóki będzie miała co pompować. Szukać empatii i litości u najeźdźczych sołdatów to jak negocjować z ziębą o spokój. Odczłowieczenie dokonuje się w dwójnasób – napastnik musi w swoim przekonaniu zezwierzęcić ofiarę, nim ją zabije, lecz także wyzbyć się ludzkich uczuć na czas zbrodni. Morderca w mundurze łudzi się, że wojna jest tylko czasowym zawieszeniem praw, po ogłoszeniu rozejmu wszystko wróci do normy, znowu można będzie żyć normalnie, po ludzku. Wszystko mu się odwraca – myśli, że podczas wojny tylko żarliwie wykonuje rolę zbrodniarza, podczas gdy tak naprawdę to w czasie pokoju wciąż jedynie udawał człowieka. I bardzo się tym zmęczył.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 21/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy