Obrazki z wystawy

„Z Bożą pomocą, tak nam dopomóż Bóg i niech Bóg nas ma w swojej opiece, powstał nowy rząd Kartoflandii”, pisze Kinga Dunin w „Wysokich Obcasach” i dodaje : „Obejrzeliśmy sobie cały rząd podczas mszy. Kandydaci na rozmaite stanowiska reklamowali się nam lub byli reklamowani jako katolicy od stu pokoleń. Okazywali się ilością dzieci, a także pasem, którym lano ich, żeby na porządnych Polaków wyrośli”.
Ze zdań tych wynika, że Kinga Dunin nie jest raczej zachwycona tym, co się dzieje w kraju, w którym mieszka. Niedawno prasa podała podsumowanie matur, z którego wynika, że najlepsi maturzyści pytani, dlaczego tak dobrze się uczą, odpowiadali, że chcą wyjechać za granicę. A więc też coś im się nie podoba. Na okładce jednej z książeczek Andrzeja Mleczki widzimy natomiast orła białego, jak leży na kanapce u psychoanalityka i mówi: „Kiedy zorientowałem się, że jestem symbolem Polski, wpadłem w depresję”.
W każdym kraju i o każdym czasie istnieją ludzie, zazwyczaj zresztą bardziej dynamiczni i bystrzy, którym kraj ich urodzenia nie wydaje się rajem. Część z tych osób zaciskając zęby, decyduje się w nim pozostać, a nawet coś w nim zmieniać, część zaś stara się go opuścić. Dotyczy to zarówno obecnej wolnej i suwerennej Najjaśniejszej, jak i minionej i przeklętej Polski Ludowej.
Różnica zaś polega na tym, że jeśli Najjaśniejsza naprawdę komuś dopiecze do żywego, może on wsiąść do pociągu byle jakiego i wyjechać, nie oglądając się za siebie, natomiast w PRL-u było to niemożliwe z kilku obiektywnych powodów. Należało do nich m.in. porozumienie naszych sojuszników wojennych zawarte w Jałcie, rozpoczęcie przez Stalina zimnej wojny, przemówienie Winstona Churchilla w Fulton, wojna w Korei i parę podobnych drobiazgów, z którymi świat uporał się dopiero kilkanaście lat temu.
Trudnościom z opuszczeniem Polski Ludowej poświęcona została jednakże specjalna, zorganizowana przez Instytut Pamięci Narodowej wystawa „Uciekinierzy z PRL”, eksponowana na dwunastym piętrze Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Wystawa jest mała, nie ma nawet żadnego plakatu, mimo to zyskała znaczny oddźwięk medialny .Wynika to z silnej obecnie namiętności do karykaturowania PRL-u, co ma pomnożyć chwałę Najjaśniejszej nr 3 i ewentualnie 4. Takie same działania widziałem już w początkach PRL-u, kiedy przedmiotem karykatury były „koszmarne czasy sanacji”. Każdy ustrój usprawiedliwia swoje istnienie tym, że poprzedni był gorszy.
Aby jednak utwierdzić społeczeństwo w tym przekonaniu, należy zająć się jego pamięcią. W książce „Demokracja w Polsce – doświadczenie zmian” znaleźć można szkic Tomasza Maruszewskiego „Złote lata 70. czy szara rzeczywistość?”, w którym badacz stara się stwierdzić, co faktycznie pamiętają zwolennicy obu tych wersji lat 70. w Polsce, i dochodzi do wniosku, że nie pamiętają niczego. Na przykład nie pamiętają cen podstawowych produktów konsumpcyjnych. Dziś z mediów wiadomo na przykład, że Polacy w PRL-u żywili się wyłącznie octem, ale nikt nie pamięta, ile kosztował ten ocet, a także kiełbasa czy chleb, których, jak wiadomo z mediów, nie było w ogóle.
Pamięć historyczna kształtuje się na podstawie prywatnych odczuć, na przykład pierwszej miłości lub pierwszego kaca, perswazji otoczenia, a także na gruncie indywidualnej i zbiorowej hipokryzji, którą u nas zajmuje się z urzędu Instytut Pamięci Narodowej.
Cytowany przez Maruszewskiego niemiecki badacz Brussig pisze, że gdyby tylu Niemców ukrywało Żydów, ilu twierdziło tak po roku 1945, żadnemu niemieckiemu Żydowi nie spadł by włos z głowy, a gdyby tylu obywateli NRD uczestniczyło w podziemnej opozycji, ilu twierdziło tak w roku 1990, państwo to nie istniałoby przez 40 lat, a mur berliński zburzono by nazajutrz po jego wybudowaniu, a nie dopiero po 28 latach.
Nie inaczej oczywiście jest w Polsce.
IPN-owska wystawa „Uciekinierzy z PRL” ma nas więc przekonać, że rzesze Polaków starały się sforsować granice, aby wyrwać się ze znienawidzonej klatki. Pokazuje system organizacji wojsk ochrony pogranicza, w które – biorąc pod uwagę ich cel i opisane wyżej niezbyt pogodne warunki międzynarodowe – były sprawne i efektywne. Dzikie ucieczki indywidualne przez granicę rzeczywiście były trudne, ucieczki zbiorowe, np. porwania samolotów lub jednostek pływających, nieliczne.
Natomiast, co na wystawie widać wyraźnie, większość ucieczek z PRL-u były to ucieczki ludzi, którzy z legalnymi paszportami w ręku wyjeżdżali za granicę i odmawiali powrotu. Byli to mniej więcej tacy sami ludzie – fachowcy, specjaliści, sportowcy, artyści – którzy i w Najjaśniejszej najczęściej pakują manatki w przekonaniu, że na Zachodzie będzie się im żyło lepiej i dostatniej. Tyle że było ich nieporównanie mniej.
W tej sytuacji kategorią, na której pokazaniu autorzy z IPN-u starają się zbudować grozę PRL-owskich ucieczek, są szpiedzy i dyplomaci. Gwiazdą tej wystawy jest Józef Światło, dygnitarz bezpieki, który uciekł z wyjazdu służbowego i przez Radio Wolna Europa ujawniał tajemnice swojej firmy. Był to rzeczywiście szok, tak jakby dzisiaj minister Wassermann poprosił o azyl w Korei Północnej i z Phenianu ujawnił kulisy Komisji ds. Orlenu czy afery Rywina. Za Światłą plasuje się Kukliński, a także inny ważny szpieg Monat.
Bohaterami wystawy są także dyplomaci, m.in. ambasadorowie Spasowski i Rurarz. Ucieczki ambasadorów budzą zawsze mieszane uczucia. Są to bowiem w każdym ustroju jednostki uprzywilejowane, dobrze sytuowane prestiżowo i materialnie, korzystające nawet w najbardziej opresyjnych ustrojach z wolności podróżowania, a do ich zawodu należy właśnie pokazywanie, że wszystko jest w porządku. Żaden też z pokazanych na wystawie ambasadorów czy dyplomatów, którzy bohatersko uciekli z PRL, nie złożył uprzednio, poruszony moralnym odruchem, swego urzędu i nie przedzierał się przez zasieki WOP, wszyscy natomiast wybierali wolność, jadąc do wolnego świata salonką.
Dostać w PRL-u paszport zagraniczny nie było łatwo, sam wiem coś na ten temat, będąc długo na liście tych, którym paszportu się nie daje. Ale mimo to bardzo liczni obywatele PRL-u podróżowali po świecie, udawali się na konferencje naukowe, zjazdy, kongresy, festiwale filmowe i teatralne, prywatne wizyty rodzinne lub wręcz na wakacje za żelazną kurtynę i w większości powracali do kraju. PRL uchodziła wręcz za bastion wolności na tle ówczesnego „bloku wschodniego”.
Tak krawiec kraje, jak materii staje. Materia, którą operowali wystawiennicy z IPN, jest raczej uboga, tak że pociągać ją trzeba w różne strony jak przykrótką kołdrę. Rozsądnym wnioskiem z tej wystawy jest krzepiąca obserwacja, że świat, w którym się podróżuje, a także emigruje swobodnie, jest bez wątpienia lepszy niż świat podzielony granicami i murami.
Ale celem IPN nie jest wyciąganie rozsądnych wniosków, lecz budowanie „powszechnej pamięci” o PRL-u.

Wydanie: 48/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy