Zagubiona autostrada

Zagubiona autostrada

Prezydent Komorowski w swoim czasie chciał nazwać niedokończone drogi przecinające Polskę z zachodu na wschód i z północy na południe autostradami Wolności i Solidarności. Pomysł ten nie wzbudził entuzjazmu w narodzie. Ale co tam, można naród wyedukować. 25 lat nowego ładu to dobra okazja, by wbić do głowy obywatelom, co jest ważne, a co warte zapomnienia. Jadąc ostatnio autostradą A2 do Warszawy, na tablicach informacyjnych nad drogą nie widziałem komunikatów o korkach ani o silnych, niebezpiecznych wiatrach z lewej strony. Zobaczyłem natomiast radosny komunikat: AUTOSTRADA WOLNOŚCI. Pozwolił mi nieco zapomnieć o przykrej świadomości, że wraz z kolejnym przejechanym kilometrem zasilam konto dr. Jana Kulczyka, który czerpie zyski z opłat za jazdę po tej drodze. Gdy mijałem kolejną tablicę informacyjną z tym radosnym sloganem, krajobraz wolnego kraju został trochę zniekształcony. U góry wielki napis: Autostrada Wolności, a pod nim z naprzeciwka jedzie ponad 20 samochodów policyjnych. Szkoda, że nie miałem aparatu fotograficznego. Zdjęcie roku jak nic. Może zdobyłbym jakąś nagrodę z okazji 25 lat demokracji. Na pewno fotka mogłaby trafić na okładkę książki albo jakiejś płyty, np. Dezertera. Ale kto dziś chce słuchać utworów, których tekst brzmi: „To jest mój kraj, bo tu się urodziłem i tutaj pewnie umrę, ale dlaczego mam się cieszyć z tego, że to jest mój kraj? Bo tu się urodziłem i tutaj pewnie umrę? Ale dlaczego mam się cieszyć…”. Dziś nie należy słuchać takich piosenek, bo przecież mamy w Polsce najlepszy z możliwych porządków.
No cóż. Policja wracała ze stolicy z obchodów święta demokracji. Trzeba wolności i jej rycerzy bronić przed ludem, który nie zawsze potrafi docenić zdobycze minionych lat. Szczególnie trzeba chronić tych, którzy są fałszywie przekonani, że dzięki ich działaniom kraj się rozwija, a lud dziękuje Bogu, że urodził się w krainie między Bugiem a Odrą. Co prawda, system emerytalny leży i wije się w konwulsjach, publiczna służba zdrowia jeszcze dyszy i jedzie na kroplówkach, system sprawiedliwości potrafi zrujnować życie każdemu, a prokuratura do spółki z policją i innymi służbami, korzystając z aparatu państwa, oferują swoje usługi znajomym i prywatnym biznesom.
Na szczęście idąc w Warszawie do coraz biedniejszego wydawnictwa w sprawie wydania kolejnej książki, zobaczyłem na budynku Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego budujące hasło napisane solidarycą: „Nauka to wolność”. Pomyślałem, że to prawda i pewnie w związku z tym, że nauka jako sfera życia publicznego jest dla państwowych biurokratów niebezpieczna, nie dostanie w najbliższym czasie większych pieniędzy. Będzie trzymana na smyczy i poddawana rynkowej tresurze. Zastanawiając się, co autorzy tego baneru mieli naprawdę na myśli, stwierdziłem, że jest możliwa też druga interpretacja. Taka bardziej w duchu panującego neoliberalizmu: nauka jest wolna, więc niech sobie radzi sama. Nauka jest wolna od dotacji, wsparcia państwa, godnych środków na badania i publikacje. Wydawnictwa naukowe są wolne od dofinansowywania ministerstwa. Niech decyduje wolny rynek – kto będzie bardziej komercyjny, ten przetrwa. A kto chce się zajmować filozofią, refleksją społeczną i innymi bzdetami niepotrzebnymi kapitalistycznej gospodarce, niech bankrutuje i szuka pożyteczniejszego zajęcia.
No ale gdzie w tym wszystkim duch solidarności z nazwy autostrady północ-południe? Kazik Staszewski w końcówce PRL śpiewał piosenkę „Wolność”, której fragment brzmiał: „Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież telewizję. Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież Interwizję, Eurowizję”. Dziś cover tego utworu mógłby równie dobrze nazywać się „Wolność”, „Równość” czy „Solidarność”, a refren w zależności od wersji brzmiałby: „Równość? Po co wam równość? Macie przecież kapitalizm. Solidarność? Po co wam solidarność, macie przecież konkurencję”.
Podobno wszyscy są wolni, ale jacyś tacy smutni. Wskaźniki wzrostu gospodarczego niby rosną, ale biedy wokół coraz więcej. Wolne media same się cenzurują i coraz bardziej schlebiają najprymitywniejszym gustom. Demokracja obchodzi 25. urodziny, ale obywatele twierdzą, że nie mają poczucia wpływu na sprawy kraju czy nawet na bieg wydarzeń w swoim miejscu pracy.
Może warto nieco zjechać w bok z tej głównej autostrady, bo może się okazać za chwilę ślepą drogą, która kończy się dziurami i wertepami albo gruzowiskiem pozostałym z budowy tego porządku. Jazda na autopilocie bez dostrzegania innych dróg może nagle odebrać poczucie realności i ukazać świat za oknem jako surrealistyczny sen, niczym u bohatera filmu Davida Lyncha. To raczej przykre uczucie.

Wydanie: 25/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy