Alkoholizm po węgiersku

Wieczory z Patarafką

Był rok 1945. Bela Hamvas, węgierski niepokorny filozof, literat i eseista, siedział nad Balatonem, kiedy zbombardowano jego budapeszteńskie mieszkanie. Zachwycał się okolicą i przymierał głodem. Jedynym dostępnym wiktuałem było wino. Może właśnie dlatego napisał tam i wtedy „Filozofię wina”. Jest to książeczka człowieka głodnego, który wysławia wszelaki pokarm – paprykę, wędzoną słoninę, ryby, tuczone gęsi i torty orzechowe. Te opisy są bardzo smakowite, ale kiedy się wie o ówczesnej nędzy autora, doprawdy rozdzierają serce. Trochę tak jak opowieści mojej żony, jak to jej matka rysowała podczas okupacji, jak wygląda plasterek szynki.
„Filozofia wina” jest właściwie dużym esejem, odrobinę żartobliwym, jak to zwykle od czasów Brillat-Savarina się praktykuje. Ale wielka apologia wina, bo tym jest w istocie rzeczy „Filozofia” ma także inne odniesienia, których politycznego adresu można się ewentualnie domyślać. A może i nie ma ich wcale. Autor gromi wprawdzie ateistów, jak na syna ewangelickiego pastora przystało, ale może podejrzewać, że ma po prostu na myśli uczuciową oziębłość. Tak w istocie rzeczy powiada to samo, co stulecie przed nim Baudelaire, „Bądźcie zawsze pijani”, wszystko jedno czym: winem, poezją, nawet cnotą. W interpretacji Hamvasa wino jest lekarstwem na wszystko: „ateizm”, zły gust, bezmyślność oraz impotencję. Ideałem byłoby, gdyby rzeki popłynęły winem, cała woda zamieniła się w wino i wszyscy zawsze byli pijani. Piękna idea, ale możliwa do wyrażenia tylko w kraju winiarskim.
Punktem wyjścia jest coś w rodzaju filozofii ust, którymi najbezpośredniej człowiek poznaje rzeczywistość. Można i na to przystać. Kłopoty zaczynają się przy klasyfikacji płynów i różnych elukubracjach planetarno-astrologicznych, tym bardziej że mają pozór śmiertelnie poważnych, ale może takimi nie są. W każdym razie wino jest zawsze – że tak powiem – na wierzchu. Podobnie jak u szczytu ludzkiej hierarchii lokuje się zawód kipera, czyli niezawodnego znawcy i taksatora trunków. Ta właśnie śmiertelna powaga i niekłamany patos wydają mi się z lekka podejrzane, choćby dlatego, że gdyby było inaczej, to Tadeusz Olszański książki by z węgierskiego nie przełożył. Notabene przypomniało mi się, że kiedyś w Budapeszcie próbowałem na migi przełożyć życzliwemu kierowcy porzekadło „Węgier Polak, dwa bratanki i do szabli, i do szklanki”, którego odpowiednik jest ponoć i po węgiersku. Na gest wychylania szklanki jego oczy błysnęły zrozumieniem: „A, paprika!”. Zrezygnowałem.
Nie znałem węgierskiego słowa „bor”, czyli wino, a jedynie parę wyzwisk.
A Hamvas powiada: „Wino przywraca nam autentyczne życie, raj; wskazuje, dokąd dotrzemy, świętując koniec świata. Ów most między pierwszym a ostatnim dniem życia człowiek może przejść tylko w ekstazie. A tą ekstazą jest wino”. Czyli wyraźnie chodzi – podobnie jak Baudelaire’owi – o symbol. Czy ja wiem? Ekstaza to bardzo piękna rzecz, ale utrzymać się w niej na co dzień i na zawsze jest raczej niemożliwe. Im wyższe wzloty, tym boleśniejszy upadek, im więcej alkoholu, tym sroższy potem kac. Także w sensie symbolicznym. A przedmiot ekstazy warto, a nawet trzeba niekiedy obejrzeć także sceptycznym, nieufnym okiem. I co wtedy? Nie jestem „ateistą” w rozumieniu Hamvasa i to ani w wersji „purystycznej”, ani „pietystycznej”, jeśli rozumiem, co właściwie ma na myśli. A z tym rozumieniem mogą niekiedy być kłopoty. Sytuacja Węgier nie była taka sama jak Polski, a poza tym minęło już 60 lat i wiele rzeczy się odmieniło. Hamvas na przykład uważa, że robienie kanapek przystoi tylko kobiecie, a w ogóle relacje obu płci pojmuje raczej na sposób Marka Jurka. Przez co rozumiem położenie na ołtarzu i spuszczenie tam lania.
Nie znam pozostałych, bardzo licznych i podobno bardzo dobrych książek Hamvasa. Sami Węgrzy dopiero co go odkryli, bo przedtem należał do wyklętych. Nam objawiło go Studia Emka, czyli mówiąc po ludku Jacek Marciniak żonaty z Węgierką. A przełożył pięknie, jak już pisałem, Olszański, który niczego bez papryki nawet do ust nie weźmie. No, może poza wyborową.

Wydanie: 49/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy