Witajcie w nowym świecie

Witajcie w nowym świecie

Z moim synkiem pierwszoklasistą idę na sanki. Udało nam się znaleźć górkę, a to niełatwe na mazowieckiej równinie. Dla mnie za mała, dla Antosia w sam raz. Widzę, jak pnie się z sankami na sam szczyt, jest ślisko, pomaga mu jakaś pani. Nie zamienił z nią słowa, więc gdy zjechał, pytam: – Dlaczego nie podziękowałeś?
– Nasza pani mówiła, żeby nie rozmawiać z nieznajomymi. I tak samo strażnik miejski na lekcji.
Witajcie w nowym wspaniałym świecie.
Mam trochę spotkań w szkołach ze swoją książką dla dzieci. Myśląc o nowym opowiadaniu bezrozumnie, choć bez złych intencji, pytam dziesięciolatki: – Kto w domu ma alarm? Większość podnosi ręce. Takie czasy. Kilkoro oświadczyło, że właśnie im zakładają. Dzisiaj wstyd nie mieć alarmu. Pewien chłopczyk był nawet gotów podać mi kod do swojego. Ciało nauczycielskie już wcześniej wpadło w panikę, zakłębiło się w nim, dobiegły mnie szepty: ochrona danych osobowych, ochrooona…
Od tej pory, gdy spotykam się z dziećmi, staram się pytać tylko o rzeczy niewinne. Czy wiedzą, czym się różni praca pisarza od pracy dziennikarza? Prowadząc warsztaty literackie dla dorosłych, nigdy nie otrzymywałem poprawnej odpowiedzi. W lesie podniesionych rąk wybieram dziewczynkę, nie ma przednich zębów, sepleni: – Pisarz pisze, a dziennikarz notuje.
To celna definicja i świetny skrót. Mój trzylatek Franio rysuje samochody za pomocą dwóch energicznych kół, łącząc je brawurowo wygiętą kreską. To aerodynamiczne wygięcie tworzy symbol samochodu. Tylko dziecko lub świetny artysta potrafią tak zdynamizować linię i nadać jej treść.
Powinno się teraz przejść do programów szkół, czego i jak uczymy. Sprawa gardłowa, ale może innym razem. I po szerokich konsultacjach.
Dzieci lubią odpowiadać na wszelkie pytania. Podnoszą ręce, nawet kiedy nie znają odpowiedzi, tak na wszelki wypadek, aby ktoś inny nie był pierwszy. Ach, te ambicje już od dziecka. Widzę, że teraz maluchy są bardziej spontaniczne, wygadane i mają o wiele większą wiedzę niż dzieci za moich czasów. A każdy ważny jest jak król! Takich dzieci nie wychowuje opresyjna szkoła.
Dla mnie szkoła była udręką. Nadal czasami odczuwam niepokój, gdy słyszę szkolny dzwonek. Teraz za to mamy różnice, czasami bolesne, między szkołą prywatną i publiczną.
W grupie znajomych rozmawiamy o problemach z potomkami. Permisywne wychowanie bez stawiania granic powoduje, że coraz częściej nasze dzieci mają problemy bez granic. Znajoma opowiada, że jej synek tak rozrabia w szkole, chodzi oczywiście do prywatnej, że w wielkim gniewie wsadziła go do samochodu i pojechali do szkoły publicznej. – To ci grozi, popatrz! Podobno tak się przestraszył, że przyrzekł poprawę.
Aż głupio więc mi się przyznać, że nasz „potwór” chodzi do publicznej. – Całkiem dobra – tłumaczę się. – To czym wy straszycie dziecko? – zaniepokoili się znajomi. Odruchowo mówię prawdę: szpitalem. Wszyscy się śmieją, a to wcale nie jest śmieszne.
A w naszych szkołach bardzo brakuje właśnie uśmiechu i żartu, jest za sztywno. Mogą to być murale na fasadach budynków, zabawny pomysł wystroju wnętrz. I koniecznie więcej uśmiechu i luzu u nauczycieli. To jednak problem ogólnonarodowy – jak uśmiechnąć Polaków? Musielibyśmy więcej zarabiać, więcej mieć wolnego czasu i czuć się bezpieczniej. I warto przynajmniej częściowo zapomnieć o własnej tragicznej przeszłości. Jak mimo wszystko ocalić wiedzę o swojej historii, kultywować dobre tradycje, nie być jednak niewolnikiem martyrologicznego myślenia? Wiem tylko, że to, co ma w programie polska prawica, to hodowla ran narodowych, fobii, niepewności i lęku. Wszystko podszyte poczuciem własnej niższości.
Psychoza strachu to problem globalny. Nasze szkoły też są już zamknięte i pilnowane jak banki. To prawda, nie mamy większego skarbu niż dzieci. Stąd skala niepokoju, że z więzień wychodzą pedofile. Czy w dawnych czasach ich nie było? Pewnie o wiele więcej, ale byli niewidoczni, wszystko działo się pod kołdrą. Dzisiaj trwa wielkie ujawnianie we wszystkich dziedzinach, ściągnęliśmy kołdrę i na widok prawdy ogarnia nas groza. Świat jeszcze nigdy nie był tak potworny, wołają ludzie. Ja wołam, że jest najlepszy z tych, które istniały, co nie znaczy, że dobry.
Mam siedem lat, idę sam do szkoły. Obok domy rozcięte na pół jak tasakiem, zarysy dawnych mieszkań w krwawiącej cegle, różne kolory ścian pokoi, czasami gdzieś odcisk mebla. Jestem z inteligenckiej rodziny, ciężko doświadczonej przez wojnę, nie czuję jednak w powietrzu tego strachu, który jest teraz. Po strasznej wojnie i po stalinizmie powstała jakby „umowa społeczna”, już byle co nas nie przestraszy. Dzisiaj jest o wiele bezpieczniej, ale „umowa” już inna. Wielka w tym zasługa mediów. Wszyscy mają w oczach walące się wieże World Trade Center i ataki szaleńców na szkoły.
Problem, że gdy za bardzo się chucha na zimne, to zimne staje się gorące.

Wydanie: 7/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy