Solidarność ma na imię Draginja

Solidarność ma na imię Draginja

Przed kilkunastu laty pojechałem po raz pierwszy do Mostaru. Minęło już sporo czasu od wojny w krajach byłej Jugosławii, ale droga przez Bośnię i Hercegowinę nie pozwalała o niej nie pamiętać. Jadąc samochodem, mijaliśmy wyludnione, spalone wsie, opuszczone domy; cały czas towarzyszy mi widok wypalonych otworów okiennych, zniszczone lub nieistniejące dachy. Ale też wówczas poczułem zapach minionej wojny, swąd spalenizny wisiał wciąż nad nagrzaną, pozbawioną mieszkańców ziemią. To zapach i widok, którego moje pokolenie i kolejne po prostu nie zaznały. Dojmujący, mocny ślad w powietrzu. Potężny swoją grozą, choć nieuchwytny. Właściwie powinno go dawno nie być. Górował. Nie pozwalał o sobie zapomnieć. Kazał pamiętać.

Kiedy wjechaliśmy do Mostaru od tzw. chorwackiej, „katolickiej”, „chrześcijańskiej” strony, doszły nowe doznania. Mocna, rytmiczna muzyka, jakiś folk-rap, bojowy jak niegdysiejsze surmy. Był pokój, ale wojna pachniała zgliszczami i grzmiała agresywnymi bitami. Mostar, ze swoją liczącą setki lub tysiące lat historią, niósł pamięć o wojnie w unoszącym się nad nim powietrzu. Przedzielony wartką Neretwą ze słynnym średniowiecznym kamiennym mostem rozpiętym nad rzeką. Samo miasto zawdzięcza nazwę Staremu Mostowi – mostari to strażnicy mostu. Przez wieki było wielonarodowo-wieloreligijnym tyglem. Wojna lat 90. położyła temu kres. Most zburzony ostrzałem artyleryjskim przez Chorwatów w 1993 r., został odbudowany z tych samych kamieni, uzupełnionych pochodzącymi z tego samego kamieniołomu co oryginalny. Ale most w jakimś sensie przestał już być mostem, stał się granicą, linią demarkacyjną, mieszkańcy obu części miasta – muzułmańskiej, bośniackiej i katolickiej, chorwackiej – zatrzymywali się po swojej stronie. Tylko turyści tłoczyli się, podziwiając chłopców skaczących do rzeki z kilkudziesięciu metrów. Most, symbol współistnienia kultur Wschodu i Zachodu, teraz odgrywał jedynie rolę atrakcji turystycznej.

Nad miastem (w połowie zamieszkanym przez ludność muzułmańską) górował postawiony na jednym z okalających wzgórz ogromny krzyż, tutaj znak władzy i dominacji, pieczęć formalnie zakończonej wojny. Dokładnie z tego miejsca chorwackie działa ostrzelały i zburzyły Stary Most. Oddziałem dowodził ktoś, kto chwilę wcześniej w zwykłym życiu był reżyserem teatralnym – tu dyrygował kanonadą. Nie przywołuję jego nazwiska, choć jest znane. Do pamięci i wspomnień nie trafił, realizując spektakle w Jugosławii. Nie ma powodu, żeby wzorem herostratejskiego przekleństwa pamiętać jego imię, gdyż odegrał taką właśnie rolę w spektaklu krwawej wojny.

Piszę o tym wszystkim, w chwili kiedy przez jedną z posłanek rządzącej formacji zaatakowana została szefowa polskiego oddziału Amnesty International Draginja Nadażdin. Mostarianka, która od 1994 r. mieszka, żyje, pracuje, uczy w Polsce. Jest jedną z najważniejszych od lat osób walczących o prawa człowieka i broniących ich, wbrew pomysłom, woli i wyborom wszystkich kolejnych ekip politycznych. Jest symbolem zaangażowanej w obronę dobrej sprawy działaczki i aktywistki w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jako reprezentantka organizacji działającej globalnie upomina się o respektowanie praw więzionych i prześladowanych na całym świecie. W Polsce oddana była wyjaśnieniu obecności i działania tajnego więzienia CIA w Kiejkutach. Amnesty International uważnie obserwuje też dynamikę i przebieg rozmontowywania w Polsce systemu trójpodziału władz i prób przejęcia przez rządzących władzy nad sądownictwem, w szczególności nad Sądem Najwyższym. Ostatnio zareagowała (pytaniem i oczekiwaniem wyjaśnień) na interwencję policji, która wbrew prawu i zasadom określającym taką możliwość użyła gazu wobec demonstrujących w obronie sądów.

To właśnie spowodowało niewybredny, ksenofobiczny, nienawistny i personalnie skierowany atak na Draginję Nadażdin. Została zaatakowana jako Serbka. Przedstawicielka najwyższej polskiej władzy, Sejmu, zasugerowała jej wyjazd z Polski. Nie ma zgody na taki język, nie ma zgody na taką polskość, nie ma zgody na takie uprawianie politycznej służby społeczeństwu. Coś, co jeszcze niedawno było niewyobrażalne, personalnie skierowana nagonka na przedstawicielkę organizacji broniącej praw człowieka, coś, co znamy z krajów despotycznych, zamordystycznych – wydarzyło się w Polsce. Posłanka jest na dodatek wykładowczynią uniwersytecką z tytułem profesorskim. Okazuje się, że nie znaczy to nic dla standardów jej zachowań. Użycie nacjonalistycznej, ksenofobicznej pałki w debacie politycznej jest nie tyle niestosowne czy niesmaczne, ile po prostu groźne. Najpierw nienaruszalne granice przekraczają słowa, za nimi często idą potem złe czyny, dalej wojna, krew i pożoga.

To, co robi i kim jest Draginja Nadażdin, to most do bardziej sprawiedliwego, uczciwego, przyjaznego i pokojowego świata, tu blisko i gdziekolwiek indziej na Ziemi. Nie godzę się, podobnie jak tysiące innych osób, na bombardowanie tego mostu.

A imię werbalnej bombardierki pozostanie niegodne wymówienia, tak jak jej inne nieznane dokonania.

Solidarność ma na imię Draginja.

Wydanie: 32/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy