Nie tylko anegdota

Nie tylko anegdota

Uciekam, jak mogę, od naszej sceny politycznej, a wcale nie jest łatwo z niej zeskoczyć, coraz wyżej lewituje w nierzeczywistości.
W tej willi byłem ponad 40 lat temu, nie do wiary, jak dawno. Wyprawa ze szkoły do Muzeum Broniewskiego. Poeta mieszkał tu po wojnie. Zmarł w roku 1962 na raka krtani. Piewca komunizmu pił i palił ponad miarę. W jego dawnym domu nie zmieniło się nic. I jest to też niezwykłe świadectwo tamtej epoki. Patrzę na grzbiety książek. Takie same tytuły były w moim domu rodzinnym. W każdym inteligenckim domu stał podobny zestaw. Identyczne widuję u naszych starych emigrantów rozsianych po świecie, obsiadły półki jak zmęczone ptaki podróżne. Przed laty wdziałem pożar mieszkania w bloku. Pękły szyby. Wywiane żarem wyfrunęły nagle płonące książki. Pożar w mieszkaniu współczesnych młodych wyglądałby inaczej.
Miałem na pieńku z Polską Ludową i nie lubiłem poety, którego patetyczne wiersze dręczyły nas nadużywane na szkolnych akademiach. W stanie wojennym, gdy ukrywałem się przed służbami „tajnymi, jawnymi i dwupłciowymi”, napisałem wiersz publikowany w wielu pismach podziemnych. W stylu patetycznym, pożyczonym od Broniewskiego, opisałem, jak funkcjonariusze proletariackim kopniakiem wrzucają do celi studentów i robotników z ulicy Broniewskiego, a poeta tego nie widzi zapatrzony w płonące piece Magnitogorska.
Potem, gdy siedziałem na Białołęce, jednak uparcie, jak wykuta w skale, kołatała mi się w głowie zwrotka z wiersza poety:

Szeroka, szeroka jest ziemia,
gdy myślą ogarnąć ją lotną,
szeroko po ziemi więzienia,
głęboka w więzieniu samotność.

Po kilku latach odkryję, że Broniewski jednak wybitnym poetą był i niezwykłym człowiekiem (ukazała się ciekawa biografia pióra Mariusza Urbanka).
Niedawno w domu poety obchodzono stulecie urodzin Artura Sandauera. Krytyk wybitny i jak prawie wszyscy dawni pisarze niemal dzisiaj zapomniany. Całe zresztą tamto półwiecze niknie w mroku, tylko na masztach majaczy kilku pisarzy, a i oni za chwilę znikną.
Ciekawe, że czasami to nie poezja ani proza najmocniej żyją w naszej pamięci, lecz anegdota. W niej jak w uśmiechniętym bursztynie są skrawki przeszłości. Lubię myśl Blaise’a Cendrarsa: „Własnością człowieka jest zniknąć. Śpieszmy się śmiać ze wszystkiego”. Sandauer był mistrzem Polski w zabawnych aktach roztargnienia. Mieszkałem wówczas w pisarskim domu, Sandauer na parterze, moja rodzina na drugim piętrze. Odwiedzano się wtedy bez zapowiedzi. Literat Ryszard Matuszewski opowiadał, jak siedział w gabinecie mojego ojca i rozmawiał, pewnie o tym, jak straszna jest cenzura. Nagle wszedł Artur Sandauer, oczywiście w szlafroku, potoczył uważnie wzrokiem, całe zainteresowanie jednak skupił na czarnym bakelitowym telefonie (aparatu sam jeszcze nie posiadał). I powiedział do ojca: „Słuchaj, Mietek, przepraszam, że ci przeszkadzam, ale muszę zadzwonić do Ryszarda Matuszewskiego”.
Taki sam czarny telefon (nie było wtedy innych) stoi w dawnej sypialni Broniewskiego. Bywał dla wielu powodem nocnych niepokojów. Broniewski stał się najsłynniejszym w Polsce alkoholikiem, miał dwie koszmarne żony, mówiono, że musiał jakoś się znieczulić. W środku nocy wydzwaniał do znajomych i czytał im swoje nowe wiersze.
W bibliotece rodzinnej, przeglądając wiersze Broniewskiego, widzę dedykację dla ojca: „Mietkowi Jastrunowi, pięknemu, rzetelnemu poecie i przyjacielowi. W. Broniewski. Warszawa, 23 XI 51”.
Nie zapobiegło to awanturze. Pamiętam, jak pod koniec lat 50. ojciec skarżył się przy śniadaniu: „Obudził Broniewski, w dym pijany, myślałem, że mój brat umarł, recytował nowy poemat. Zrobiłem mu awanturę”.
Podobno szczególnie boleśnie zranił go Tuwim. Broniewski w środku nocy wybełkotał, że uważa go za przyjaciela. I za pierwszego poetę w Polsce. Pragnął, żeby Tuwim przyznał mu trzecie miejsce. „Może trzynaste”, odparł tamten, a Broniewski wpadł w rozpacz.
Napisał kiedyś w wierszu:

Mówią, że dzwonię czasem
o nieodpowiedniej porze.

Nasiliło się to, gdy był nieuleczalnie chory, wydzwaniał spod skrzydła śmierci. W szpitalu odwiedzał go Sandauer, poeta dowcipkował i prosił o wódkę.
Sandauer i mój ojciec nie znosili się literacko i osobiście, więc moja przyjaźń z jego synem przypominała nieco dramat Romea i Julii. Ojciec już nie żył, a Sandauer schudł i wyglądał trochę jak skrzyżowanie krokodyla i strusia. Zdawało mi się, że przysypia, kiedy czytałem mu fragment z dziennika mego ojca, gdzie pisał, jak Sandauer bronił Gombrowicza. Wtedy nagle obudził się, załopotał skrzydłami szlafroka i pofrunął do swoich papierowych teczek. Otworzył tę z wierzchu i kazał mi dyktować, a pisał tępą kredką. Zamknął zamaszyście teczkę – wzbił się tuman kurzu – po czym spojrzał na mnie sponad okularów: „Jak zapomnę, gdzie to wsadziłem, to mi przypomnisz”.
Wybitny krytyk, odkrywca Gombrowicza i Białoszewskiego, już od dawna nie żyje, martwi są ci, o których pisał dobrze albo źle, a ja zgodnie z obietnicą przypominam: to ta brązowa teczka najbliżej biurka…

Wydanie: 51-52/2013

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy