Nasi w NY

Pojawiła się podobno nowa grupa artystyczna. Są nią New New Yorkerzy.
Powstawanie grup i kierunków artystycznych poprzez kontakty różnych narodów i cywilizacji nie jest zjawiskiem nowym, jest to również w sztuce zjawisko ożywcze, wprowadzające do kultury nowe, często nieoczekiwane wątki. Przed wojną np. powstał w Polsce zainspirowany przez Pankiewicza Komitet Paryski, zawiązany przez kilku młodych malarzy, którzy udali się na studia do Francji, po powrocie zaś wprowadzili do polskiego malarstwa kolor, swobodniejszą kompozycję, a także przekonanie, że przedmiotem sztuki mogą być bukiet kwiatów, martwa natura oraz całkowicie prywatny pejzaż. Zostali nam z tego Jan Cybis, Eugeniusz Eibisch, Józef Czapski i najbliższy mi z nich wszystkich Artur Nacht-Samborski.
Podobnie gdy po pierwszej wojnie w Paryżu zjawili się Amerykanie, Ernest Hemingway, Scott Fitzgerald czy Gertruda Stein, odmienili potem obraz literatury w swoim kraju. Wszyscy oni, a można ich wyliczać znacznie więcej, jechali za granicę zwabieni kulturą wybranych krajów, starając się wzbogacić własne widzenie i rozumienie świata i przywieźć coś z tego z powrotem.
Otóż, jak sądzę, z New New Yorkerami, czyli „Nowymi Nowojorczykami i ich przyjaciółmi”, jak określa to grono współorganizująca ich festiwal Ambasada Amerykańska, sprawa ma się inaczej. Nie wydaje się, aby łączyła ich jakaś wspólna chęć rozszerzenia horyzontów kultury. Główny inspirator „szkoły nowojorskiej” to Wojciech Jaruzelski i ogłoszony przez niego stan wojenny, ponieważ większość jej uczestników została tak lub owak przytrzaśnięta za granicą 13 grudnia 1981 r., ci zaś, którzy byli tam już wcześniej, skorzystali na stanie wojennym o tyle, że Polska stała się modna, a bycie Polakiem okazało się korzystne. Choćby na chwilę.
Widać to dość wyraźnie na zorganizowanej w stołecznym Muzeum Karykatury wystawie „Artyści polscy w „The New York Times””, pokazującej rysunki polskich grafików publikowane w tym wielkim dzienniku. Specjalnością Polaków jako przybyszów ze stanu wojennego stały się początkowo różne skomplikowane alegorie, obrazujące ucisk, terror i horror, głównie w Polsce, a także w Rosji, rzadziej w innych krajach. Ciekawe jednak, że ich utwory drukowane w prasie amerykańskiej nie stały się wcale lepsze lub choćby inne niż te, które tworzyli wcześniej w Polsce. Kto był zdolny w kraju, ten okazywał się zdolny także w „New York Timesie”, kto nie był, temu nic to nie pomogło. Ameryka spłynęła po nich jak woda po gęsi.
Obawiam się jednak, że i oni spłynęli w podobny sposób po Ameryce. Nie wydaje się bowiem, aby sposób rysowania, a także sposób myślenia polskich grafików, oparty na wyrafinowanej grze skojarzeń formalnych i intelektualnych, wywarł jakieś głębsze wrażenie na sztuce amerykańskiej. Czytelnicy amerykańskiej prasy nie lubią zbytnio łamać sobie głowy i wiele pokazywanych na wystawie późniejszych rysunków stanowi ilustracje do dość egzotycznych, rzekłbym niszowych tekstów, takich jak „Londyn w łagodnej poświacie” lub „Co wiedzą ludzie 47-letni?”. Zrozumiał to dość szybko Andrzej Czeczot, który przy pierwszej okazji wrócił do kraju, publikując swoje wcale nie proste rysunki w masowym tygodniku „NIE”, a jego świetny film rysunkowy „Eden” uznany został za zbyt skomplikowany przez Amerykańską Akademię Filmową.
Mechanizm sukcesu w Ameryce jest bowiem bardzo złożony. Kiedy Roman Polański zrealizował w Hollywood swój film „Chinatown”, czytałem recenzję, której autor mówił, że stał się on teraz prawdziwym reżyserem, ponieważ nakręcił film „amerykański”, według przyjętych tu reguł, nie zaś jakieś europejskie dziwactwa. Amerykanie są życzliwi i wyrozumiali dla przybyszów, ale tylko do granic pierwszej książki, sztuki, filmu. Mogą one opowiadać o jakichś egzotycznych, dalekich krajach, skąd przybyli, ale następny utwór, jeśli ma być sukcesem, musi być amerykański. Nie każdy jednak potrafi przeskoczyć tę poprzeczkę. Stanowi to np. stały kłopot Janusza Głowackiego, którego napisana w Polsce, opierająca się na polskich realiach sztuka „Kopciuch” także jest grana obecnie w Warszawie w ramach festiwalu New New Yorkerów.
Jak wskoczyć w środek, do sedna Ameryki?
Obawiam się, że nie jest to łatwe, niekiedy zaś cena za to może być straszna. Ilustruje to przyjęta w Warszawie wśród zachwytów i także należąca do New New Yorkerów wystawa fotogramów Ryszarda Horowitza w Teatrze Wielkim. Tymczasem pan Horowitz pokazał nam zbiór fotogramów wzorowanych na komercyjnych reklamach prasowych, w których powtarzają się stare chwyty, np. szosa zwijająca się w szpulę, przepołowione kobiety z silikonu oraz bezkresne, surrealistyczne horyzonty, wszystko to w aurze wyobraźni płaskiej jak naleśnik. Ale pan Horowitz osiągnął sukces rynkowy, trafił w gust klienteli.
Autentycznym sukcesem festiwalu New New Yorkerów jest Urszula Dudziak, która dała koncert w prowadzonej przez Wojciecha Trzcińskiego na warszawskiej Szmulowiźnie Fabryce Trzciny, najciekawszym dzisiaj miejscu kulturalnym w stolicy. Ale Dudziak jest zachwycającą wokalistką jazzową, a jazz jest produktem amerykańskim. Wymyśliła zaś w dodatku prosty chwyt, mianowicie śpiewa bez jednego słowa, przez co jest wszędzie zrozumiała, twierdzi też, że właściwie stale jest w Polsce, mimo że od ponad 30 lat mieszka w Ameryce.
Po co jednak o tym wszystkim piszę? Co naprawdę pokazał nam ten festiwal?
Otóż pokazał on nową rzeczywistość, z którą będziemy mieć teraz do czynienia coraz częściej. Ludzie pochodzący z różnych krajów, także z Polski, będą sobie mieszkać, gdzie im się podoba, uprawiając swój zawód, gdzie im wygodniej lub korzystniej. Istnieć będą także ośrodki o większej sile magnetycznej, kiedyś był to Paryż, teraz może Nowy Jork. Ale czy powstanie, czy też już powstała z tego polska „szkoła nowojorska”?
Wątpię.
Nie wiem także, czy siła oddziaływania tych uzdolnionych ludzi na kulturę uniwersalną byłaby większa, gdyby stanowili w Polsce zaczyn jakiegoś „magnetycznego ośrodka” – co już się nam przecież parę razy zdarzyło, z plakatem i filmem – czy też ich szansą jest to, że znajdują się w wielkiej metropolii za oceanem? Marzyłoby mi się to pierwsze rozwiązanie, ale czy jest ono jeszcze osiągalne?
W sztuce jest obecnie trochę podobnie jak w sporcie. Istnieją dyscypliny takie jak futbol, oparty na ambicji narodowej i wielkich narodowych ligach, oraz takie jak tenis, w pełni kosmopolityczny, w którym główną rolę grają krążący po świecie wielcy soliści. Ale nie ma tu reguł i nagle mistrzostwo piłkarskie Europy zdobywają nieliczący się praktycznie Grecy, a Wimbledon wygrywa Rosjanka, o której wcześniej nikt nie słyszał.
Tak jak dotąd trudno jest słyszeć o polskiej „szkole nowojorskiej”.

Wydanie: 29/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy