Nasze nagrody

Nasze nagrody

Sezon jesienny to wysyp literackich nominacji, gal, premier, rozmaitych „wręczeń” i bankietów. Po programie artystycznym następuje ten jasny moment, na który wszyscy czekają – przenosimy się do foyer. Przez chwilę wszyscy stoją pod ścianą jak na szkolnej dyskotece, zerkając tęsknie na alkohol. Czy można już się częstować, czy czeka nas jeszcze przemowa? Szturm następuje po pierwszym śmiałku. O, jakaś pani podaje inną karteczkę, niż powinna. Czy to zaproszenie? Wolontariuszka ściga ją między stolikami, ale tamta, mimo że wiekowa, zasuwa jak mały samuraj. W końcu szefowa sali macha ręką i pozwala odpuścić. Na stołach leżą olbrzymie ryby obrane w taki sposób, by czerpać z nich mięso widelcem. Uwędzone, pozbawione skóry cielska zakończone są upiornymi głowami. Mętne, szkliste oczka wpatrują się w okoliczne koreczki. Uciec od ryb! Do tajemniczych kulek z jakimiś ziarnami.

Na razie wszyscy trzymają fason, ale powoli, wraz z wypitym alkoholem, sytuacja staje się coraz bardziej swobodna i zaczyna się nadawanie na laureatów, obgadywanie książek i sztuk z użyciem takich określeń jak gówno, relikt przeszłości, grafomania itd. Zdarza się oczywiście, że nienawistny malkontent ma pecha i trafia na wyznawcę (albo, co gorsza, na wydawcę) nagrodzonego pisarza. I chociaż jawne konflikty nie są w stylu bankietów – pojawiają się kwaśne miny i niesmak. Dyskusje o literaturze uprawia się tu powierzchownie i skrótowo, niełatwo bowiem się mówi, mając w ustach rybę i koreczki.

Kiedy hamulce puszczają, zaczyna się też załatwianie interesów oraz pielgrzymowanie na fajkę (gdzie także trwa załatwianie interesów, to w końcu czynność integrująca). Teraz wreszcie wypada zapytać, dlaczego C. nie opublikował G., czemu X napisał źle o Y i jakim prawem TA gazeta to w ogóle puściła! (Czyżby X spał z D.?). Czasem ktoś puści parę z gęby i jakaś plotka wymknie się spod kontroli i poszybuje nad głowami tłumu, pragnąc natychmiast wydostać się na zewnątrz, żeby wreszcie pójść w miasto. Ale, trzeba powiedzieć otwarcie, tego typu atrakcje zdarzają się rzadko. Zazwyczaj jest po prostu nudno. Jedni oszołomieni alkoholem i tłumem strzelają oczami i są w ogóle – jak to się mówi – bez kontaktu. Drudzy próbują komuś wcisnąć swoje przekłady, eseje bądź, uchowaj Boże, dzienniki. Albo chociaż dobrze sprzedać swoją osobowość. Jak się nie da zbić kapitału w złotówkach, to może uda się chociaż zbić kapitał społeczny!

Na bankietach wieńczących zdarzenia kulturalne zawsze jest też masa tajemniczych ludzi, których nie można spot­kać na przeglądach filmowych, wystawach, dyskusjach czy festiwalach. To Ludzie Z Miasta, którzy z oferty kulturalnej wybierają właśnie to – bankiety. Są one dla nich okazją, by pięknie się ubrać w kreacje, które pieczołowicie wybierali przez ostatnie dwa tygodnie. Niektórzy dumnie obnoszą swoją nową twarz po seriach zabiegów, inni skromne dwa brylanty w różowiutkich uszkach, jeszcze inni dyskretne poszetki.

Ci najgorzej ubrani to pisarze. Jeszcze bladzi ze zdenerwowania (większość z nich jednak nie otrzymała nagrody), już teraz próbują kombinować, jak zapłacić za opiekunkę do dziecka, którą zatrudnili, żeby tu przyjść. Lub jak oddać matce trzy stówy za sukienkę, którą nabyli, żeby przy­zwoicie wyglądać. Wiadomo, są także beneficjenci swojej epoki – pisarze z sukcesem sprzedający książki, ale jest ich tak mało jak tych koreczków, których może z pięć wala się po obrusie pod koniec bankietu. Tego, który wygrał, także łatwo rozpoznać: jest cały czerwony. Zadzwonił już do matki i brata, żony i przyjaciela. Powoli na jego telefon zaczynają nadchodzić esemesy z gratulacjami. Będzie odpowiadał na nie cały wieczór. Możliwe, że już nigdy nie dostanie żadnej nagrody – musi więc rozsądnie wydać swoje pieniądze: remont mieszkania lub zębów. Naradzi się jeszcze z żoną.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy