Polska po Platformie: albo lewica, albo populistyczna prawica

Polska po Platformie: albo lewica, albo populistyczna prawica

W „Klęsce „Solidarności”” David Ost pisał: „Skoro odbywają się wybory i istnieje wolna prasa, można dany system nazwać demokracją. Zbyt wielu obserwatorów, posługujących się minimalistyczną definicją demokracji, ma tylko tyle do powiedzenia. Jeżeli jednak pojmujemy demokrację jako coś więcej niż same zasady proceduralne, jako „inkluzywny” system – gdzie wszyscy obywatele są prawowitymi członkami wspólnoty, a ludzie pracy włączeni są w system gospodarczy – dzisiejsza Polska jest systemem mało demokratycznym”. Zwycięzca wyborów ogłosił w wieczór wyborczy zwycięstwo demokracji. Demokracja to jednak nie tylko wybory raz na cztery lata, ale możliwość wpływania na życie społeczne każdego dnia. Czy tak się stanie w Polsce po wygranej Bronisława Komorowskiego?
Na pewno nikt nie będzie mógł już głosić postmodernistycznej tezy o rozmyciu władzy i braku możliwości wskazania ośrodka decyzyjnego. Pełnia władzy znalazła się w rękach ludzi PO. Każdy obywatel będzie wiedział, gdzie znajdują się odpowiedzialni za jakość życia ludzi w Polsce – w lokalach partyjnych Platformy Obywatelskiej.
Ci, którzy jak Marek Borowski krytykują Grzegorza Napieralskiego za to, że nie poparł Komorowskiego w drugiej turze wyborów, niech nie chwalą dnia przed zachodem słońca. Jeśli żałują, że nie załapią się na dzielenie konfitur przeznaczonych dla ośrodka władzy, mogą jeszcze się zapisać do PO. To nie zaszkodzi lewicy. Wręcz przeciwnie – bardziej klarowna sytuacja tylko ułatwi mobilizację środowisk lewicowych wokół Napieralskiego. Zaprzepaszczenie jego wyniku byłoby dużym błędem. Dziesięć lat temu 17% Olechowskiego w wyborach prezydenckich było fundamentem pod budowę PO. Dziś 14% Napieralskiego powinno być początkiem budowy szerokiego ruchu na rzecz świeckiego, nowoczesnego, sprawiedliwego i równościowego społeczeństwa. Tym bardziej że cwaniakowate uśmiechy cynicznych japiszonów w dobrze skrojonych garniturach na wieczorze wyborczym kandydata PO symbolizują to, czego można się spodziewać po pozbawionych obecnie politycznych hamulców neoliberałach – preferowanie filozofii prywatnych zysków za cenę społecznych wyrzeczeń. Jeżeli ten ponury scenariusz się sprawdzi, to będziemy mieć gorącą wiosnę w przyszłym roku.
Do Polski wszystkie procesy i zjawiska docierają z opóźnieniem. Krach neoliberalizmu dojdzie też z opóźnieniem, ale jak już walnie, to z dużym hukiem. Są już jego pierwsze symptomy: w wielu branżach pojawiają się zatory finansowe. Ostatnio na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego z braku środków w kasie uczelni wszystkim pracownikom naukowym wyłączono telefony w pokojach… Czy tak ma wyglądać modernizacja kraju i wspieranie nauki pod rządami PO? Pierwszą ofiarą polityczną tych zawirowań będzie ekipa Tuska. Pytaniem zasadniczym jest, kto będzie grabarzem tej formacji. PiS czy lewica? Z pewnością lewica nie ma żadnego interesu w udzielaniu pierwszej pomocy przy nasilających się zadyszkach wyznawców religii rynkowej i miłośników antyzwiązkowych działań w stylu Margaret Thatcher. Dlatego zgadzam się z prof. Łagowskim, który twierdzi na łamach „Przeglądu”, że Sojusz Lewicy Demokratycznej więcej zdziała, umacniając się przez pewien czas w opozycji, niż biorąc szybki ślub z jedną lub drugą partią prawicową. Przystawki źle kończą, jak pokazuje praktyka polityczna.
Wysoki wynik Kaczyńskiego i poparcie przez jedną trzecią wyborców Napieralskiego kandydata PiS świadczy o tym, że dla dużej części polskiego społeczeństwa większą groźbę niż IV RP stanowią bezrobocie, brak bezpieczeństwa socjalnego i wizja płatnej służby zdrowia. Jeśli lewica nie podniesie teraz sztandaru socjalnego i nie stanie się reprezentacją polityczną środowisk zagrożonych „realnym kapitalizmem” w wersji made in Poland, to w rolę tę wejdą prawicowi populiści. Ostatni raz błąd unikania socjalnych postulatów lewica popełniła w 2005 r. i dzięki temu władzę przejęło PiS przy wsparciu LPR. Kolejny raz tego błędu popełnić nie wolno. Realny gniew wywołany cięciami socjalnymi nie powinien wzmacniać konserwatywnej prawicy używającej solidarystycznej retoryki, lecz budować trwałe poparcie dla lewicy nieunikającej klasowego języka w obronie środowisk zagrożonych komercjalizacją i prywatyzacją sfery publicznej.
Życie nie znosi próżni – nie ma czerwonych obrońców sprawiedliwości, to pojawiają się brunatni specjaliści od jedynej słusznej prawdy, moralności i zaprowadzania porządku. Jak opisywał Ost, „Gdy liberałowie zignorowali pracowników, kształtująca się polityczna prawica zbiła na nich kapitał. W sytuacji, kiedy niezadowolenie uznano za irracjonalne i sprzeczne z liberalizmem, wykorzystanie szansy podsuniętej przez prawicę miało sens, ponieważ tylko w ten sposób robotnicy mogli uniknąć protekcjonalnego potraktowania. Polityczni liberałowie popchnęli ich na prawo”. Przez minione 20 lat już dwa razy tak się stało: kiedy lewica pozostawiła klasy ludowe same sobie, najpierw obiecała zaopiekować się nimi w 1997 r. AWS Krzaklewskiego, a w 2005 r. PiS Kaczyńskiego. Za każdym razem kiepsko to się kończyło. Trzeciej powtórki już nie powinno być! Ci, którzy wciąż boją się PiS, najgłośniej powinni popierać socjalno-egalitarny kurs lewicy – to najlepszy sposób neutralizacji wpływów prawicowych populistów w społeczeństwie.
Oczywiście należy spróbować przy PO załatwić jak najwięcej spraw w sferze kulturowej i nieco poluzować konserwatywny gorset polskiej obyczajowości. Choć nie będzie to łatwe, bo już po wyborach prezydenckich część Platformy ustami świętoszkowatego Jarosława Gowina unika tematu refundacji in vitro czy wprowadzenia parytetów. Przy takich okazjach trzeba będzie głośno demaskować konserwatyzm PO. Generalnie jednak tylko systematyczne odstawianie na bok całego POPiS może zagwarantować przestrzeń dla równości i nowoczesności w Polsce.

Wydanie: 28/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy